DZIENNIKARSTWO - ZAWÓD


25/06/2009

Wnuki pytają o wojnę

 

Rozmowa z Carlosem Garcią Santa Cecylią, komisarzem wystawy „Korespondenci Zagraniczni z Wojny w Hiszpanii, 1936–1939”

 

Daniel Passent: – Czy wystawa, którą pan pokazuje w Polsce (w Instytucie Cervantesa w Warszawie), jest częścią polityki historycznej rządu socjalistów?

Carlos Cecylia: – W żadnym wypadku! Źródła tej wystawy tkwią na uniwersytecie, gdzie jestem profesorem dziennikarstwa. Prowadziłem zajęcia „Korespondenci zagraniczni z wojny hiszpańskiej”. Zaleciłem studentom, żeby dotarli do ich oryginalnych relacji. Nie do książek, które Orwell, Koestler, Dos Passos czy też Hemingway napisali po latach, ale do depesz i korespondencji, jakie wysyłali wtedy, na gorąco, będąc świadkami bombardowania miast lub kryjąc się w okopach na froncie. W ten sposób trafiliśmy m.in. na reportaże Ksawerego Pruszyńskiego, wybitnego polskiego korespondenta, wysłannika „Wiadomości Literackich”.

Pokazujemy reprezentatywny zbiór 30 korespondencji, w 30 różnych gazetach, sylwetki i fotografie autorów. Wystawa ta została zainaugurowana w 2006 r. w Nowym Jorku i od tamtego czasu nieustannie jesteśmy w drodze. Zjeździliśmy Francję, Rosję, Portugalię, z Polski jedziemy do Włoch, gdyż jednym z bardziej wówczas znanych korespondentów był Indro Montanelli z „Il Messaggero”. Początkowo, jako że Włochy wspierały Franco, był po stronie rebeliantów, ale po tym, co zobaczył na miejscu, zmienił poglądy, za co został odwołany i usunięty ze stowarzyszenia dziennikarzy.

Po czyjej stronie byli korespondenci?

Nie ma wspólnej tonacji. Około dwóch trzecich sympatyzowało z republikanami, pozostali – z Franco. Bardzo nielicznym udało się pozostać bezstronnymi i opisywać wojnę z obu stron. Ale ta wystawa jest poświęcona pracy zawodowej korespondentów, nie ich poglądom politycznym. Nie poszukiwaliśmy obiektywizmu, tylko profesjonalizmu. Za jednego z najlepszych korespondentów uznawany był wówczas Harold Cardozo z „Daily Mail”, który towarzyszył armii Franco i należał do jej największych sympatyków. Opisał m.in. oblężenie i zdobycie przez frankistów zamku w Toledo. Pisał, że „zabijają wszystko, co pojawi się na drodze”. Opinia brytyjska była podzielona. Część gazet (np. „Manchester Guardian”) jawnie popierała republikę, część starała się być neutralna („The Times”, „The Daily Telegraph”), jeszcze inne były otwarcie za nacjonalistami („Daily Mail”, „The Observer”). Cardozo opisał dramatyczną rozmowę telefoniczną pomiędzy frankistowskim pułkownikiem Moscardo a jego synem, który był w niewoli u republikanów. Republikanie szantażowali pułkownika, że zabiją jego syna, jeśli się nie wycofa. „W imię Boga każę ci krzyczeć: Niech żyje Hiszpania! Niech żyje Jezus Chrystus! Masz umrzeć jak bohater! Twój ojciec nigdy się nie podda!” – mówił pułkownik. Zamek w Toledo oblężony był przez siedem tygodni, obrońcy zjedli 124 konie i muły, byli bez prądu i wody, podczas oblężenia urodziło się dwoje dzieci.

Kiedy zaczęła się rebelia Franco, prasa zagraniczna nie wiedziała, co się święci, sądzono, że to jest pucz wojskowy, a nie początek okrutnej wojny domowej. Nikt nie wiedział, kto to jest Franco – monarchista? faszysta? republikanin? Każdy dziennikarz zabiegał o wywiad z nim. Pierwszą rozmowę, 8 sierpnia 1936 r., uzyskał Felix Correia, dziennikarz z „Diario de Lisboa”. Franco, ubrany w mundur, przyjął go na stojąco. „Wzrostu średniego, twarz ogolona, wysokie czoło”. Przedstawił swoje poglądy: od 1931 r. kraj znajduje się w chaosie i zmierza ku upadkowi, jeszcze w tym miesiącu ma wybuchnąć krwawa i niszcząca rewolucja. „Chwyciliśmy za broń – mówił Franco – żeby ocalić ojczyznę przed chaosem i wstydem, uniknąć hekatomby...”. Wszystko to jest pokazane na naszej wystawie nie ze względów politycznych, ale ponieważ tamten wywiad to był hit.

Skoro początkowo wyglądało to na zwykły pucz, skąd takie zainteresowanie za granicą?

Już po kilku miesiącach Franco otrzymał pomoc Niemiec i Włoch, a następnie Stalin poparł republikę. Starły się siły, które miały ukształtować XX w. Wybitni pisarze odczuwali potrzebę pojechania do Hiszpanii i opisania tej wojny. Szli z wojskiem. Byli na polach bitew. Saint-Exupéry, Koestler, Orwell, Hemingway, Dos Passos, Erenburg. Na kongresie pisarzy w Walencji dołączyli Malraux, Neruda, Octavio Paz i inni. Intuicja podpowiadała im, że to nie jest konflikt lokalny, że dzieje się historia. To były chwile niepowtarzalne w dziejach dziennikarstwa. Korespondenci mogli wtedy być obecni na polu bitwy, chcieli przeżyć tę wojnę, nie byli tylko chłodnymi obserwatorami. Po latach, w czasie wojny w Zatoce Perskiej, dziennikarze byli trzymani w odległości 200 km od pola bitwy. Niczego nie widzieli na własne oczy, wiedzieli tyle co z faksu. Kiedy jeden z największych, Ryszard Kapuściński, przyjechał relacjonować tę wojnę, stwierdził: „Tu nie ma dla mnie nic do roboty”, i wyjechał.

Każdy poważny konflikt w XX w. odbywał się w towarzystwie nowych mediów. Hugh Thomas, wybitny brytyjski historyk, mówi, że wojna domowa w Hiszpanii to był „złoty wiek korespondentów wojennych”, z których wielu było mistrzami pióra. W postępie totalitaryzmów – faszyzmu i komunizmu – dużą rolę odegrało radio. II wojna światowa to epoka filmu dokumentalnego. Wojna wietnamska to triumf telewizji. W Zatoce Perskiej – Internetu.

Czy zgadza się pan, że w pamięci historycznej narodów Europy i obu Ameryk utrwaliła się jej wersja lewicowa, o demokratycznej republice obalonej przez bestialskich frankistów?

To jest możliwe, ale są po temu powody. Przez 40 lat dyktatury Franco dominowała jedna wersja – oficjalna. Zgodnie z nią nie było czegoś takiego jak bombardowanie Guerniki, i to przez lotnictwo niemieckie. Miasto rzekomo podpalili i spalili dla celów propagandowych sami mieszkańcy, Baskowie, republikanie. To miała być ich prowokacja. Ale na miejscu był jeden korespondent, Anglik, George Estire, który powiedział światu prawdę. Zatem aż do śmierci Franco w Hiszpanii obowiązywała wersja oficjalna, podczas kiedy Zachód wiedział, że było inaczej. Jeżeli obecnie pamięć historyczna skłania się ku wersji lewicowej, jest to reakcja na tych 40 lat kłamstwa. Z czasem zapanuje równowaga.

Czy dzisiaj, po 70 latach, wspomnienia tej wojny są nadal w Hiszpanii żywe? Czy nie są odgrzewane przez rząd po to, żeby pokazać konserwatywną Partię Ludową jako spadkobierczynię Franco? Czy nie dlatego koalicja socjalistów i nacjonalistów w Kortezach przyjęła ustawę o pamięci historycznej, która spełnia wiele postulatów lewicy – potępia dyktaturę, unieważnia wyroki sądów wojskowych, umożliwia ekshumację grobów i identyfikację ofiar, nakazuje usunięcie pomników Franco i wszelkich nazw oraz tablic pamiątkowych ku czci dyktatury?

Temat jest gorący, ponieważ dotyczy dwóch najważniejszych partii politycznych. Hiszpania ma za sobą prawie 40 lat twardej dyktatury. Potem miała miejsce pokojowa transformacja, uważana na ogół za udaną, popierana przez ogromną większość. Duża w tym zasługa króla Juana Carlosa. Była to transformacja przez zapomnienie. Ludzie starej władzy zgodzili się na demokratyzację pod warunkiem niemówienia o przeszłości. Taka debata o przeszłości w okresie transformacji stworzyłaby ogromne problemy. Co do tego zgodni byli ludzie po obu stronach – Manuel Fraga, który był ministrem u Franco, i Santiago Carillo, przywódca komunistów. Obaj zasiadali w parlamencie i brali udział w tworzeniu nowej konstytucji.

W 1982 r. do władzy doszli socjaliści. Ich przywódca Felipe Gonzalez nie chciał powracać do przeszłości, rehabilitować republiki, tylko mówił o przyszłości. Hiszpania weszła do Europy, otworzyła się na świat, odniosła sukces gospodarczy, ale jednej debaty nie było – tej o wojnie domowej. Debata historyczna została odłożona, ale wcześniej czy później musiała zostać otwarta.

Dlaczego została otwarta teraz, kiedy ponownie rządzą socjaliści?

Trzeba było zaczekać, aż demokracja okrzepnie, nie upadnie pod wpływem sporów o przeszłość, aż wyrosną nowe pokolenia, które chcą się dowiedzieć, jak było naprawdę. Pokolenie wnuków nie boi się przeszłości i nie żywi uprzedzeń. Mój ojciec, który był dzieckiem w czasie wojny domowej, a jego życie przypadło na lata dyktatury, nigdy nie chciał o tym rozmawiać. Bał się. A mój syn pyta mnie o dziadków. Dlaczego robili to albo tamto? I w ogóle co robili?

Czy ustawa o pamięci historycznej otwiera zagojone rany, szkodzi Hiszpanii, dzieląc ją ponownie na dwa obozy? Czy to nie jest zemsta lewicy za lata dyktatury?

Nie. Nie otwiera się ran, ponieważ nie były one zabliźnione. Ignorowano je, żeby zbudować demokrację, ale teraz nadszedł czas, żeby je wyleczyć, a nie rozdrapywać. Wielu Hiszpanów zginęło w bratobójczej wojnie i nigdy nie zostali pochowani, tylko zrzucano ich do zbiorowych mogił, zakopywano w rowach przydrożnych. Tak spoczął Federico Garcia Lorca. Jeden z jego oprawców chwalił się, że „wsadził lufę w tyłek tego pedała i trzy razy pociągnął za spust”. Od 1940 r. prawo do pogrzebu przysługiwało tylko frankistom. Pozostali otrzymywali status zaginionych. Tymczasem każdy człowiek ma prawo wiedzieć, jaki był los jego krewnych, gdzie są ich szczątki, każdy ma prawo do godnego pochówku. Wiele osób było pozbawionych swoich praw, emerytur, spokoju tylko dlatego, że byli po stronie republiki. Im też należy się zadośćuczynienie.

Ustawa o pamięci historycznej nie jest wymierzona przeciwko opozycji?

Nie, ale istnieje niebezpieczeństwo, że może stać się narzędziem politycznym. Jest taka pokusa po obu stronach. Ale rząd nie ma takich kompetencji, żeby do tego doprowadzić. Wiele zależy od autonomicznych prowincji. Ustawa przewiduje udzielenie pomocy, także finansowej, w poszukiwaniu grobów, ekshumacji, badaniach, identyfikacji szczątków, ale wszelkie fundusze na te cele kierowane są za pośrednictwem prowincji, a tam rządzą różne siły.

Czy w Hiszpanii istnieje państwowy instytut pamięci narodowej, który miałby za zadanie badać zbrodnie i ścigać ich sprawców?

To leży w kompetencjach autonomicznych prowincji. Każda ma instytucje, które zajmują się historią, ale działają one różnie. Tam, gdzie rządzą konserwatyści, nie robią prawie nic. Tam, gdzie rządzą socjaliści i nacjonaliści, są aktywne. Poza tym w niektórych prowincjach wojna była bardzo krwawa i pamięć o niej jest żywa, a w innych – nie. Na Wyspach Kanaryjskich wojny właściwie nie było. Północ Hiszpanii prędko padła łupem Franco i wojny tam prawie nie było. Ale np. w Andaluzji, gdzie wojna miała przebieg bardzo krwawy, a rządzą socjaliści, władze służą pomocą każdemu, kto pragnie zbadać los swojej rodziny.

Czym różni się polityka historyczna rządów Aznara i Zapatero?

Konserwatywny rząd Aznara wolał utrzymywać wojnę domową i dyktaturę za mgłą, jakby ich nie było. Szerzył wizerunek Hiszpanii jako kraju młodego, słonecznego, nowoczesnego, kraju Almodóvara, designerów i boomu gospodarczego. Kontynuował wizerunek nakreślony przez socjalistę Felipe Gonzaleza. Ale nadszedł czas, kiedy społeczeństwo zaczęło pytać o przeszłość, o swoją tożsamość i o jej źródła. W całym kraju zaczęły powstawać fundacje i stowarzyszenia na rzecz odzyskiwania pamięci historycznej. Zapatero miał powody, żeby wyjść temu naprzeciw. Mam nadzieję, że Hiszpanie poradzą sobie z tą debatą.

Czy dobrze rozumiem, że z Zapatero lub bez niego nadszedł czas, by Hiszpanie przypomnieli sobie o przeszłości?

Tak, nadszedł czas wnuków.

rozmawiał Daniel Passent