1 września —  Dzień Wiedzy, День знань, początek Nowego Roku Szkolnego. Witamy!

Doraźność internetu — o tym, jak kołowrót sieci kroi nas na kawałeczki.

Gdy dziennikarze spotykają się na debatach czy konferencjach, gdzie pojawia się temat oddziaływania internetu na media, to dyskusja dotyczy zwykle jedynie jego wpływu na sprzedaż papierowych gazet, możliwości zarabiania na internecie, nowej dyrektywy UE o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym i podobnych kwestii. Ważnych, lecz niedotykających cywilizacyjnej zmiany, którą przyniosła z sobą powszechność sieci i wynikającej z niej lawiny informacji. Nie pojawia się zatem temat nie mniej, jeśli nie bardziej ważny: w jaki sposób internet wpływa na percepcję odbiorców, ale też na postrzeganie ludzi, których można nazwać kreatorami opinii publicznej. Do tego grona można zaliczyć popularnych dziennikarzy i publicystów.

O tym, że sieć nie pozostaje neutralna w tych kwestiach i że zmienia sposób, w jaki odbierane są informacje (podobno nawet na poziomie fizjologii funkcjonowania mózgu) napisano grube tomy. Chciałbym zwrócić uwagę na jeden tylko z aspektów, szczególnie widoczny w warunkach ostrej politycznej polaryzacji w Polsce. Otóż – straciliśmy swoją historię. Staliśmy się dla wielkiej części kibiców w politycznej wojnie – a oni stanowią ogromną część odbiorców naszych komunikatów – ludźmi z historią sięgającą jednego dnia, jednej godziny, a nawet jednego tłita. Przekleństwem sieci jest wycinkowość postrzegania tych, których poglądy są przecież znane od lat i których opinie w danej sprawie należy zawsze czytać w kontekście tych poglądów.

To jest również mój problem. Pracuję w zawodzie od ponad 20 lat. Napisałem przez ten czas tysiące tekstów publicystycznych, wypowiadałem się w setkach programów i dyskusji. Paradoks polega na tym, że choć większość tego dorobku jest na cyfrowe wyciągnięcie ręki i bardzo łatwo go odszukać, mało komu chce się to zrobić. Pytania „a co pan pisał, gdy…” są standardem. Nie dotyczą na ogół czasów sprzed dekady czy 15 lat, lecz sprzed zaledwie 2015 roku, a jeszcze częściej – z ostatnich kilkunastu, a nawet zaledwie kilku miesięcy. To pytanie, o ile nie jest czczą retoryczną zaczepką, nie wynika chyba nawet z lenistwa, ale po prostu z tego, że sieć w połączeniu z emocjami, wynikającymi z plemiennego konfliktu i potrzeby sklasyfikowania osób publicznych jako sprzymierzeńców tej czy drugiej strony, biorą górę. Z tego powodu ja sam, w zależności od tego, co akurat napiszę, zostaję albo zaciekłym wrogiem PiS i sprzymierzeńcem opozycji – albo odwrotnie, najemnym „PiS-makiem”, szerzącym propagandowe tezy.

Inna sprawa, że niektórym ten efekt chwilowości i doraźności może nawet odpowiadać. Wyobraźmy sobie, że ktoś kiedyś pisał, dajmy na to, panegiryki wysławiające Donalda Tuska jako znakomitego przywódcę i z pełnym zaangażowaniem opisywał jego dzień pracy, a dziś jest po drugiej stronie i pisze o Tusku jako o zdrajcy. Długa pamięć czytelników i ogarnięcie przez nich wzrokiem całej historii wypowiedzi danego publicysty mogłoby być w tym przypadku kłopotem. Inaczej jednak sprawa wygląda w przypadku tych, których poglądy nie prowadziły od ściany do ściany i którym zależy, żeby widzieć ich w kontekście tego, co pisali i mówili rok, trzy lata czy dekadę wcześniej.

Dawne, „analogowe” myślenie zakłada, że ludzi, którzy biorą udział w debacie publicznej, traktuje się jako posiadających swoją historię. Trudno sobie wyobrazić, żeby czytelnicy Stanisława czy Józefa MackiewiczaWańkowicza, „Wiecha”, BocheńskiegoKisielewskiego oceniali ich na podstawie ostatniego, jednego opublikowanego tekstu. Wybiórczość, z jaką traktowało się z powodów politycznych niektóre życiorysy, zapominając na przykład o dość obrzydliwym wierszu Wisławy Szymborskiej, opłakującym śmierćStalina, nie była częścią tego zjawiska i miała inne przyczyny. To była wybiórczość również „analogowa”.

Nie mam na podorędziu żadnej recepty na ten w gruncie rzeczy cywilizacyjny problem. Co gorsza – ot, kolejny paradoks – bez uczestnictwa w prowokowanej przez internet gonitwie opinii i wiadomości nie da się już właściwie funkcjonować w mediach, chyba że ktoś świadomie wybiera jakiś poziom wewnętrznej emigracji. Można więc uznać, że my sami, dziennikarze, napędzamy kołowrót, mielący nas na drobne kawałeczki, możliwe do skonsumowania przez przeciętnego odbiorcę, który jest w stanie przyswoić jedynie oderwany od całości kąsek.

Łukasz Warzecha (foto)

sdp.pl

 

Добавить комментарий

Ваш e-mail не будет опубликован. Обязательные поля помечены *