Jak działał system wyciągania danych z Facebooka? I czy naprawdę można dzięki temu wygrać wybory?

Twoje dane z Facebooka w każdej chwili może ukraść chciwy naukowiec. A potem sprzedać politykowi. Polityk będzie wiedział o tobie wszystko i wyśle ci sprytnie spreparowaną propagandę, żebyś go wybrał. To nie science fiction, to rzeczywistość.

Schemat wykorzystania danych milionów ludzi do wpływania na losy świata wygląda tak:

  1. Około 320 tys. amerykańskim wyborcom zapłacono od 2 do 5 dolarów, aby rozwiązali w Internecie bardzo szczegółowy test osobowości i poglądów politycznych. Aplikacja z testem wymagała od nich zalogowania się za pomocą danych z prywatnego profilu na Facebooku.
  2. Aplikacja, oprócz wyników testu, gromadziła też inne informacje. Takie jak to, co użytkownik na Facebooku polubił. A także inne osobiste informacje z konta użytkownika.
  3. Aplikacja zbierała też dane znajomych osób, które się do niej zalogowały. Skąd? Oczywiście z Facebooka. Łącznie zgromadziła dane około 50 milionów ludzi. O takiej próbie do badań marzy każdy naukowiec.
  4. Dane zebrane na Facebooku zaczęły analizować specjalne algorytmy. Na podstawie zaledwie kilkuset polubień były one w stanie przebadać i skatalogować schematy psychologiczne konkretnych osób, określając m.in. ich preferencje polityczne czy orientację seksualną. Następnie algorytmy połączyły informacje zebrane z Facebooka z wiedzą uzyskaną z innych źródeł, takich jak amerykański rejestr wyborców.
  5. Dzięki temu przebadane przez algorytmy osoby można było poddać spersonalizowanej kampanii  politycznej. Na przykład przygotować fragment wypowiedzi Donalda Trumpa, w której prezydent opowiada się za swobodnym dostępem do broni w USA tak, aby zobaczyło go jak najwięcej zwolenników tego poglądu. I podało go dalej.

Brzmi jak science fiction? Sęk w tym, że to prawda.

Informacja, która wywołała lawinę

Chris Wylie, from Canada, who once worked for the UK-based political consulting firm Cambridge Analytica, listens to a question from the audience at the end of his talk entitled «The Most Important Whistleblower Since Snowden: The Mind Behind Cambridge Analytica» at the Frontline Club in London, Tuesday, March 20, 2018. Cambridge Analytica has been accused of improperly using information from more than 50 million Facebook accounts. It denies wrongdoing. Wylie has been quoted as saying the company used the data to build psychological profiles so voters could be targeted with ads and stories. (AP Photo/Matt Dunham)

Największy kryzys wizerunkowy w historii Facebooka wybuchł, jak to kryzys w social mediach, w weekend. Dokładnie w niedzielę 18 marca, kiedy to nieznany do ubiegłego tygodnia nikomu Christopher Wylie (foto)_, 28-latek, opisał dla «Guardiana», jak związana z byłym doradcą Donalda Trumpa — guru alt-prawicy Steve’em Bannonem — firma Cambridge Analytica wykorzystywała nielegalnie zdobyte od Facebooka informacje do wpływania na amerykańskich wyborców. Ta kradzież oraz późniejsze wykorzystanie zdobytych danych mogły mieć wpływ na rezultat wyborów w USA oraz wynik referendum w Wielkiej Brytanii. Sam zaś Facebook — według rewelacji Wylie’ego — od kilku lat wiedział, że ktoś wykradł mu dane 50 milionów użytkowników i ich nie ostrzegł.

Efekt?

W ciągu tygodnia kurs akcji Facebooka spadł o 8 proc, co przełożyło się na ponad 45 mld dolarów strat. To prawie tyle, ile warta jest na giełdzie cała Tesla — podkreśla Next.Gazeta.pl. Szef ds. bezpieczeństwa społecznościowego giganta chce odejść z firmy. W sieci popularność zyskał hasztag #DeleteFacebook (#SkasujFacebooka). Ile osób faktycznie to zrobiło? Raczej niewiele, zwłaszcza, że usunięcie konta na fejsie nie jest takie proste. Ale firmie na pewno się nie upiecze.

O skandalu piszą media na całym świecie. Także polskie. Jak podał bowiem «Guardian», Facebook chwalił się, że był «nieodzownym» narzędziem i głównym kanałem komunikacyjnym podczas zwycięskiej prezydenckiej kampanii Andrzeja Dudy w 2015 r. Ludzie prezydenta od internetu, czyli Paweł Szefernaker, który kierował kampanią, i bliski współpracownik prezydenta Marcin Kędryna, a także sam prezydent — od razu zaczęli zapewniać, że w 2015 roku absolutnie nie korzystali ze zdobyczy Cambridge Analytica.

Mark Zuckerberg po trzech dniach apeli o to, by powiedział  c o k o l w i e k  o skandalu, w którego centrum znalazła się jego firma, wyraził żal, przeprosił i zapowiedział spore zmiany w bezpieczeństwie swojego serwisu — firmom ma być od tej pory trudniej zdobyć nasze dane. Choć szef Facebooka jest jednym z najpotężniejszych ludzi na świecie, musiał posypać głowę popiołem.

Bo w całej sprawie chodzi o coś znacznie poważniejszego niż kradzież danych. O władzę, pieniądze i informację. A wręcz o zwrot w europejskiej i światowej polityce. Ów zwrot ma wiele odsłon, ale te najważniejsze to «Trump», «Brexit», «Rosja» i wpływanie poprzez działania w mediach społecznościowych na wyniki demokratycznych wyborów na całym świecie.

Aby móc uruchomić tak poważne procesy, potrzebne są dane. Dużo danych. Jak je zdobyto — już wiemy. Potrzebny był jeszcze uniwersalny, łatwy i skuteczny sposób ich analizy. Wynalazł go parę lat wcześniej polski naukowiec.

Naukowiec nazywa się Michal Kosinski i pracuje na uniwersytecie Stanforda. W jego badaniach wzięły udział dziesiątki tysięcy ludzi, w jednym z nich np. ponad 330 tys. Dobrowolnie, za cenę możliwości wzięcia udziału w teście osobowości, badani zgodzili się na to, by aplikacja dostarczająca im rozrywki miała dostęp do historii ich działalności na Facebooku. Kosiński zebrane dane przepuścił przez algorytmy, które wykazały, że polubienia na Facebooku (same polubienia, «lajki», bez dokopywania się do skrzynki wiadomości, treści postów, statusów czy zawartości zdjęć!) mogą zostać wykorzystane do precyzyjnego określenia całej gamy bardzo osobistych cech każdego użytkownika Facebooka. A także jego poglądów politycznych.

W 2014 roku Kosinski dostał od kolegi-naukowca propozycję: doradzanie firmie SCL (Strategic Communications Laboratories). Miałby stworzyć model do analizy profili Amerykanów na Facebooku. Dziesięciu milionów Amerykanów.

Owym naukowcem był niejaki Aleksandr Kogan, pracujący — jeszcze — na uniwersytecie Cambridge autor aplikacji, o której działaniu przeczytaliście na początku tego tekstu. Tej z testem na inteligencję, która zebrała dane milionów użytkowników Facebooka. Kosinski ocenił, że zarówno rosyjski kolega, jak i jego propozycja oraz sama firma SCL wyglądają podejrzanie, odmówił podzielenia się wynikami badań i zerwał kontakt.Dziś Kogan utrzymuje, że to nie on zgłosił się do Cambridge Analytica ze swoim pomysłem, ale że to firma przyszła do niego. I zapewniała, że wszystko jest w pełni legalne, a on w całej aferze został kozłem ofiarnym. Ale fakty są takie, że to Kogan podzielił się — i przyznał to — zebranymi danymi z Cambridge Analytica, mimo, że umowa z Facebookiem dotycząca jego aplikacji zezwalała mu na wykorzystanie tych danych wyłącznie do badań naukowych.

Cambridge Analytica zaprzeczała medialnym doniesieniom, jakoby użyła tych danych w kampanii wyborczej w USA. Mało tego — zapewniała, że wykasowała owe informacje. To, że tak się nie stało, musiał wczoraj przyznać sam Mark Zuckerberg. Było inaczej — od 2015 Facebook wiedział o wycieku, ale z niczym się nie zdradził. Chris Wylie dostarczył władzom USA i Wielkiej Brytanii list prawników Facebooka z 2016 roku, w którym wzywają go do zniszczenia wszystkich danych, jakie otrzymał od Kogana.

Owszem, Alex Kogan poprzez swoja aplikację zdobył dane legalnie, ale potem zrobił coś, czego zrobić nie miał prawa — podzielił się nimi z Cambridge Analytica. A tam już czekał Chris Wylie, dwudziestoczteroletnie wówczas cudowne dziecko internetu, które — jeśli wszystko, co ten prawdopodobnie najważniejszy sygnalista od czasów Edwarda Snowdena ujawnił «Guardianowi», jest prawdą —  wymyśliło cały plan zebrania danych milionów ludzi, stworzenia ich psychologicznych profili i zbombardowania ich dostosowanymi do ich osobowości przekazami politycznymi. „Złamaliśmy» Facebooka — chwali się Wylie. Biorąc pod uwagę, ile czynników musiało wówczas spólnie «zagrać», żeby do tego doszło, trochę przesadza. Ale to on ujawnił dokumenty dowodzące, że społecznościowy gigant wiedział o nielegalnej operacji wykradnięcia danych. Być może dopiero teraz «złamie» Facebooka. Bo reakcja świata na skandal jest bardzo ostra.

Grupa amerykańskich kongresmenów chce, by szef Facebooka pofatygował się z Doliny Krzemowej do Waszyngtonu i zeznawał przed Kongresem. Grupa akcjonariuszy firmy złożyła przeciw niej pozew. Oskarżają Facebooka o podawanie fałszywych i mylących komunikatów, które przyczyniły się do poniesienia strat na giełdzie. Amerykańska Federalna Komisja Handlu wszczęła śledztwo, mające sprawdzić, czy Facebook złamał umowę, na mocy której miał obowiązek poinformować użytkowników, gdy ich dane zostały pozyskane przez nieautoryzowane do tego instytucje. Zaproszenia dla Zuckerberga do złożenia wyjaśnień przyszły też z parlamentu Wielkiej Brytanii, (Cambridge Analytica to firma zarejestrowana w Zjednoczonym Królestwie — red.) z Brukseli od przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Antonio Tajaniego oraz z ministerstwa sprawiedliwości Niemiec , którym próbuje uratować sytuację, zapowiedział m.in. zwiększenie ochrony danych użytkowników, ograniczenie zakresu informacji udostępnianych zewnętrznym aplikacjom do imion, zdjęć profilowych i adresu e-mail. Facebook zrobi też audyt aplikacji, które korzystają z niego jako platformy i operują na dużej ilości danych tak jak program Alexa Kogana. Ale to nie wystarczy, by uchylić się od odpowiedzialności. Okazuje się, że nawet szef firmy sprawującej rząd dusz nad dwoma miliardami użytkowników nie jest wszechmocny. Jeszcze nie.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz i redaktor magazynu Weekend.Gazeta.pl.

Добавить комментарий

Ваш e-mail не будет опубликован. Обязательные поля помечены *