11 listopada — Narodowe Święto Niepodległości Polski. Witamy!

Językowa zapaść — o polszczyźnie dziennikarzy.

Kilka razy w przedsionku studia Polskiego Radia 24 natknąłem się na porzucony na stoliku biuletyn językowy, opracowany przez odpowiednią komórkę rozgłośni publicznej. Stąd wiem, że taka komórka nadal działa, ale już chyba tylko dla pozoru. Choć akurat Polskiemu Radiu – z którym mam przyjemność współpracować od kilku lat – można zarzucić najmniej. Wszyscy znani mi pracownicy PR, prowadzący programy, posługują się dobrą polszczyzną. Ze współpracownikami bywa już różnie, ale oni nie muszą zdawać egzaminu na kartę mikrofonową. Może szkoda – i piszę to jako osoba, która takiego egzaminu także nie zdawała, a musiałaby się z nim zmierzyć. Mam nadzieję, że z dobrym rezultatem.

Gdzie indziej jest gorzej, a już zdecydowanie najgorzej jest tam, gdzie w grę wchodzi słowo pisane, co dziś oznacza także portale internetowe. Zacząłem pisać ten tekst, bo dopiero co przeczytałem na jednym z największych polskich portali, związanym zresztą z dużą gazetą, zdanie następujące: „Według Krzysztofa Łapińskiego, który w przeszłości współtworzył udane kampanie PiS, przed tym ugrupowaniem nadchodzą trudne czasy”. Nie wiem, czy piszący artykuł, młody zapewne człowiek – złośliwi powiedzieliby standardowo „stażysta” – jest gramatycznym analfabetą czy może nie znalazł się redaktor, który wychwyciłby, że najpierw chciano użyć innego sformułowania („nadchodzą trudne czasy”), a potem zmieniono je na inne, ale „nadchodzą” zapomniano wyciąć. Dość że wygląda to koszmarnie. I z całą pewnością nie mogłoby się zdarzyć w czasach, gdy o słowo pisane dbano – a nie było to tak dawno, bo zaledwie kilkanaście lat temu.

Co jakiś czas w tekstach pisanych pojawiają się symptomy fatalnych nawyków językowych, prawdopodobnie będących skutkiem oddziaływania angielskiego. Jednym z ostatnio najwidoczniejszych jest nadużywanie słów „cały” i „wszystko”. „Cała sytuacja miała miejsce”, „o całej sprawie poinformowano”, „wszystko wydarzyło się”, „całe zdarzenie obserwował…”, „wszystkiemu przyglądał się…” i tak dalej. Mogę zrozumieć – choć trudno mi wybaczyć – jeśli ten niesamowicie irytujący nawyk językowy powtarza się w informacjach prasowych policji, ale szlag mnie trafia, kiedy widzę tak zbudowane zdania na przykład na portalu jednego z tygodników.

Wiem, że „wszystko” i „cały” nie rozpleniłyby się jak chwasty w czasach, gdy redakcje zatrudniały profesjonalnych korektorów, przez których musiał przejść każdy, absolutnie każdy tekst. Dobrzy korektorzy poprawiali nie tylko literówki, ale też gramatykę i zwalczali tego typu chwasty stylistyczne. Pamiętam korektorów z nieistniejącego już „Życia”, którzy pracowali obstawieni słownikami, w tym oczywiście wyrazów obcych czy poprawnej polszczyzny. Korekta to była w redakcji instytucja. Dział równie ważny jak którakolwiek z komórek dziennikarskich.

Co jakiś czas robię zrzuty ekranu najciekawszych przejawów językowego barbarzyństwa. Często bywa tak, że choć na błędy zwracają uwagę czytelnicy w komentarzach, w tekście na portalu nic się nie zmienia przez godziny.

   Sprawca wypadku nawet nie zatrzymał się aby sprawdzić czy coś dziecku się stało [brak przecinków przed „aby” i „czy” – tak w oryginale]. Odjechał bez słowa. Rodzic do poszkodowanego dziecka wezwał ratowników TOPR-u, którzy udzielili pierwszej pomocy, unieruchomili złamane kończyny, a następnie bezpiecznie przetransportowali je do czekającej już karetki pogotowia.

Wiemy, że kończyny odjechały bezpiecznie do szpitala, ale nie wiadomo, co stało się z dzieckiem.

   Zdaniem naszego rozmówcy projekt budowany był na przesłance tego, co można zaobserwować na rynku USA, gdzie cord-dutterzy, cord-nevers and cord-shavers substytuują ofertę sieci kablowych 2, 3 a nawet 4 komplementarnymi produktami SVOD.

Nie wiem, w jakim języku został napisany ten fragment, ale na pewno nie jest to polski. Nie jestem natomiast pewien, czy ktoś tam nie robi komuś czegoś obrzydliwego, substytuując ofertę.

   Tragedia w sali zabaw. Problemy zaczęły się po urodzeniu synka. Sąd wszczął śledztwo.

Tu akurat udało się uniknąć błędów językowych, ale może ktoś powinien powiedzieć autorce tekstu (podpisanej jako „olasup”), że w Polsce śledztwo wszczyna prokuratura (tekst dotyczył zdarzenia w Polsce właśnie).

A tu z kolei notka o autorce jednego z tekstów:

   Polonistka, pedagog, graczka, entuzjastka dobrej literatury.

Gwałt, którego na języku dokonują w imię ideologii środowiska lewicy, na siłę wynajdując absurdalne i sprzeczne z logiką języka żeńskie formy wyrazów, to osobna kategoria. Tu mamy sytuację ciekawą o tyle, że pojawia się idiotyczna forma „graczka”, ale za to zamiast uwielbianej przez feministki „pedagożki” jest stary dobry „pedagog”.

   Rower w wojskowym kamuflażu, z siedmioma warstwami kolorów? Albo z paskiem klinowym zamiast łańcucha? W świecie rowerów customowych nie ma rzeczy niemożliwych.

To chyba dalszy ciąg „cord-neversów” substytuujących ofertę. Natrętne wspomaganie się anglicyzmami tam, gdzie bez problemu można znaleźć polski odpowiednik, to świadectwo ubóstwa własnej polszczyzny.

To jedynie kilka przykładów. Notowanie błędów nie jest moim hobby, lecz gdybym miał zapisywać każdy, na jaki trafiam w sieci czy w papierze, byłyby takich kwiatków setki.

Zatrważająco powszechna jest nieznajomość interpunkcji, przejawiająca się choćby w stawianiu przecinka przed „czy” pełniącym funkcję spójnika. Standardem niestety stało się łączne pisanie „także” w sytuacji, gdy chodzi o zamiennik zwrotu „a zatem”. Jeśli zaś już ktoś pisze poprawnie, to pomiędzy „tak” i „że” wstawia zbędny przecinek. Próżno wobec tak podstawowych błędów wspominać o tym, że właściwe znaczenie słów takich jak „spolegliwy” czy „sensat” stało się wiedzą tajemną.

Mógłby ktoś powiedzieć, że zajmuję się drobiazgami, podczas gdy polskie media stoją przed znacznie poważniejszymi problemami – z własną wiarygodnością, upolitycznieniem, kreowaniem na siłę emocjonalnego przekazu. O tym wszystkim sam wielokrotnie w tym miejscu pisałem. Jednak język to tworzywo, w którym pracują dziennikarze. To podstawa naszego zajęcia i coś tu ewidentnie nie gra. Poziom niechlujności językowej przekracza dziś wszystkie dotychczasowe miary. Jest miarą upadku mediów i odbiciem wielu innych negatywnych zjawisk, niszczących je: pośpiechu, mniejszych pieniędzy, krachu systemu nauki młodszych od starszych, absurdalnie szybkich karier, opartych na lojalności wobec obozu politycznego, a nie umiejętnościach i kompetencjach oraz doświadczeniu.

Marzy mi się, że środowisko dziennikarskie ten problem dostrzeże, a że mówimy tu o kwestii całkowicie pozapolitycznej (chyba że zaczniemy się licytować, która „strona” popełnia więcej błędów – w dzisiejszych czasach wszystko jest możliwe) – powstanie inicjatywa, której celem byłoby wytykanie językowych wpadek i dbanie o czystość dziennikarskiego języka. To jednak niemal na pewno marzenie ściętej głowy.

Łukasz Warzecha. Absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Karierę dziennikarską rozpoczynał w tygodniku „Najwyższy Czas!” Był redaktorem działu opinii dziennika „Życie” oraz wieloletnim komentatorem w „Fakcie”. Publikował w tygodnikach „wSieci” i Do Rzeczy” oraz w dzienniku „Rzeczpospolita”. Był jednym z prowadzących program „W tyle wizji” w TVP Info. Obecnie jego teksty ukazują się m.in. w „Super Expressie” i na portalu Wirtualna Polska. sdp.pl

 

 

Поделиться новостью в социальных сетях:

Добавить комментарий

Ваш e-mail не будет опубликован. Обязательные поля помечены *