28 czerwca – Dzień Konstytucji Ukrainy! Witamy!

 

LOSY POJALTAŃSKIE «Mój mąż mówi: To wszystko jest niemieckie. Jakie to było dla was, Polaków, uczucie, używać tych sprzętów po kimś?»

Niedawno ktoś mnie spytał na Facebooku, czy napisałam tę książkę, bo uważam, że powinniśmy być wdzięczni Niemcom za drugą wojnę światową. I jak na coś takiego odpowiedzieć? — pyta Karolina Kuszyk, autorka książki «Poniemieckie».

I to wszystko się od miski ze swastyką zaczęło?

Miska była kolejnym ogniwem, bo «poniemieckie» fascynowało mnie od dzieciństwa. Chodziłam ulicami mojej rodzinnej Legnicy, przyglądałam się jej i zwracałam uwagę na dziwne «hieroglify» na fasadach, z których odpadał powojenny tynk. Sporo było tego na Zakaczawiu.

W dzielnicy rozsławionej przez «Balladę o Zakaczawiu» w reżyserii Jacka Głomba, wystawioną wiele lat temu przez legnicki Teatr im. Heleny Modrzejewskiej.

Tej samej. I nie bardzo wtedy rozumiałam, dlaczego w polskim przecież, piastowskim mieście wszędzie są napisy w obcym języku — bo niemieckiego zaczęłam się uczyć dopiero w liceum. Potem wyjechałam na studia do Warszawy i po ich ukończeniu pracowałam we wschodniej Polsce. Kompletnie nie mogłam się tam ukorzenić.

Dlaczego?

Bo to nie był mój krajobraz, moja architektura. Tak to sobie dzisiaj tłumaczę. Lepiej się czułam wśród poniemieckich bruków i kamienic niż w Zamościu czy Lublinie, choć to są piękne miasta. Pamiętam też szok kulturowy, kiedy będąc nastolatką, pojechałam po raz pierwszy do Warszawy. Wszystko było tam inne. Być może teraz to brzmi banalnie, ale tak czułam.

LEGNICA  FOT. TOMASZ SZAMBELAN

Pytała pani rodziców czy dziadków o te «hieroglify»?

Podpytywałam i czułam, że kryje się tu jakaś tajemnica, że nikt nie chce za bardzo o tym mówić. Kiedy jako 10-latka znalazłam u dziadków w piwnicy starą popielniczkę, dziadek powiedział, że to jest po Niemcach, bo oni tu wcześniej mieszkali. Zatkało mnie, bo skąd ci Niemcy w odwiecznie polskiej Legnicy? Od rodziców też wiele nie wyciągnęłam. Może zbyt słabo wierciłam im dziury w brzuchach, może sama podskórnie czułam, że to są tematy, o które lepiej nie pytać.

Atmosfera niedopowiedzeń, o której pani pisze.

Tak. Ale też być może to ich specjalnie nie zajmowało, bo pytałam w latach 80., kiedy w Polsce było sporo innych problemów, w tym puste sklepowe półki. Przeżycie w niewesołej rzeczywistości tamtych czasów było zapewne ważniejsze. Zawsze jest coś, co jest ważniejsze do trudnych tematów. To prawda, wygodnie było o tym nie mówić. Ale myślę też, że dorośli sami po prostu nie wiedzieli, jak o tym rozmawiać.

Ale «zły Niemiec» i tak się czaił wszędzie.

Pamiętam z dzieciństwa książkę «Złota dzida Bolesława». To były piastowskie legendy Ziemi Lubuskiej, spreparowane na użytek ówczesnej propagandy: słowiańskie krasnale i dobrzy polscy kmiecie kontra podli niemieccy burgrabiowie. Uwielbiałam ją. Ostatnio przeczytałam, że była też ukochaną lekturą Olgi Tokarczuk. Przedmowę do «Złotej dzidy Bolesława» napisał Eugeniusz Paukszta, który jest autorem m.in. bardzo za PRL-u poczytnej powieści «Wrastanie» o początkach osadnictwa na «Ziemiach Odzyskanych». Zapamiętałam z owego wstępu, że w tych baśniach to, co złe, jednoznacznie łączy się z wrogim germańskim światem, a to, co piękne — oddycha polskością. Co ciekawe, Paukszta nie napisał tego zaraz po wojnie, lecz w latach 70., kiedy otwarto granicę między PRL i NRD. Stosunki niby się ocieplały, ale ciągle wszędzie obecni byli jacyś źli Niemcy.

Mówi pani o «Ziemiach Odzyskanych». To dzisiaj termin kłopotliwy.

Dla mnie także, dlatego w książce piszę o tak zwanych «Ziemiach Odzyskanych» i używam tego terminu głównie dlatego, że jest powszechnie znany. Jednak zawsze w cudzysłowie, by zaznaczyć, że to odzyskiwanie znaczy dzisiaj coś zupełnie innego. W każdym razie na pewno dla mnie i wielu innych ludzi, których poznałam, pisząc książkę.

Co znaczy?

Odzyskiwanie prawdziwej historii tego kawałka ziemi. Mnóstwo wspaniałych ludzi próbuje dzisiaj odzyskać przedwojenną pamięć ziem zachodnich i północnych, dawnych niemieckich miast i miasteczek oraz ich mieszkańców.

To jest możliwe dzisiaj, dziesiątki lat po wojnie, ale zaraz po jej końcu było niemożliwe. Rozumie pani wściekłość, z jaką wojenne pokolenie «wymiatało niemczyznę» z przyznanych Polsce ziem?

Tak, potrafię to zrozumieć. Trudno sobie wyobrazić, żeby ludzie, którzy stracili niemal wszystko podczas wojny, nie czuli nienawiści do tego, co niemieckie, czyli należące do niedawnego najeźdźcy. Ale trzeba pamiętać, że stosunek do poniemieckiego był zawsze, nawet w latach tużpowojennych, ambiwalentny, co znakomicie pokazują pamiętniki osadników zachowane w Instytucie Zachodnim w Poznaniu. Wśród ich autorów są tacy, którzy piszą, że wchodzą do poniemieckiego domu i czują takie obrzydzenie, że zaczynają zrywać tapety, ale i tacy, którzy zamartwiają się niszczeniem pięknych niemieckich księgozbiorów. Większość Polaków, którzy wprowadzili się do poniemieckich domów, zostawiła sobie jakieś znaki przeszłości w postaci mniejszych lub większych przedmiotów.

Dlaczego?

Z różnych powodów. Bo im się przydawały, jak porcelana, meble czy narzędzia. Bo uznawali, że właściciele wrócą — ta obawa długo się utrzymywała — i mogą upomnieć się o swoje. Bo często były to po prostu ładne przedmioty, szczególnie w zestawieniu z wyrobami rodzimej produkcji socjalistycznej. Nieraz, szczególnie dla trzeciego pokolenia, «poniemieckie» nabierało wartości sentymentalnej, bo często były to rzeczy, które miały w rodzinnym domu najdłuższy «staż». To trwanie niemieckich przedmiotów w polskich już domach nie było bez znaczenia. Historyk Gregor Thum w monumentalnej książce o oswajaniu powojennego Wrocławia sformułował nawet tezę, że przedmioty te skrycie pracowały na rzecz zbliżenia Polaków i Niemców.

«Być może nie byłoby wcale przesadą stwierdzenie, że po traumatycznych doświadczeniach wojennych ponowne zbliżenie Polaków do Niemców rozpoczęło się właśnie od owych poniemieckich przedmiotów» — pisze Thum.

Otóż to. Chociaż związek niemieckich rzeczy z ich powojennymi właścicielami jest niezmiernie skomplikowany.

Skomplikowany jak cała historia tych terenów. Nie bała się pani zaplątania w nią?

Bałam się, ale zwyciężyła ciekawość, jak te skomplikowane stosunki wyglądały po wojnie, jak się zmieniały przez pokolenia. Najbardziej bałam się, że wpadnę w makronarrację — tu Polacy, tam Niemcy, trauma przesiedleń i tak dalej. Pomogło mi skupienie się na konkretnych przedmiotach i mikroperspektywa.

A niemiecki mąż pomógł?

Tak, szczególnie na początku, kiedy pojawił się pomysł na zajęcie się tym tematem, kiedy chodziliśmy po targu staroci w Legnicy i mąż mówił: «To wszystko jest przecież niemieckie. Ciekawe, jakie to było dla was, Polaków, uczucie, używać tych wszystkich sprzętów po kimś?». Wtedy po raz kolejny pomyślałam o tym, jaki to fascynujący temat. Mąż był w pewnym sensie akuszerem «Poniemieckich».

I podczas zmywania naczyń w pani rodzinnym domu odkrył miskę ze swastyką.

Naprawdę zdębiał, kiedy ją zobaczył. Dodajmy, że to była mała swastyka na odwrocie miski, w miejscu, w którym się zwyczajowo pojawia informacja o producencie.

Pani jej naprawdę nigdy nie widziała?

Jak Boga kocham, nie widziałam. Rodzice też mówią, że nie widzieli. Teraz sobie myślę, że może podświadomie zdecydowałam, że nie widzę. Nie wiem. W każdym razie dojrzał ją mój mąż.

«Wprawdzie jedzenie było takie samo, ale z tych niemieckich garnków smakowało jakoś gorzej».

To cytat z wywiadu, który przeprowadziła socjolożka Dorota Bazuń z Uniwersytetu Zielonogórskiego z repatriantką z Kresów Wschodnich. Podobnie, wydaje się, myślała moja kresowa babcia spod lwowskiej wsi, której bardzo się nie podobało zakupienie przez moich rodziców połowy poniemieckiego domu.

Inaczej było z osadnikami, którzy na zachód i północ ruszyli z własnej woli.

Oni wkroczyli na ziemie poniemieckie z impetem, a przynajmniej z nadzieją na lepszą przyszłość, jak moi dziadkowie spod Koła. Moja wielkopolska babcia mówiła, że w Legnicy zaczęło się jej życie, natomiast kresowa babcia żyła wspomnieniami ze Wschodu.

Jak bardzo dom poniemiecki musiał się napracować, żeby zostać domem polskim?

Bardzo. Najpierw musiał przecierpieć czas opuszczenia i opustoszenia, potem czas szabrowania — a szabrowali niemal wszyscy, bez względu na pozycję społeczną — i w końcu czas zaniedbania. Remontować zaczęło dopiero drugie pokolenie. Oczywiście z oporami tego pierwszego, uważającego, że znów będzie wypędzenie i granice się przesuną. Dzisiaj poniemiecki dom jest często pieczołowicie remontowany. Mało tego, eksponuje się jego poniemieckość. Ale i często się go rozbiera dla znakomitej jakości cegieł. Zupełnie jak po wojnie. Tylko wtedy z tych cegieł odbudowywano Warszawę, a dzisiaj buduje się modne domy. Okazuje się, że znakomita niemiecka cegła jest ciągle w cenie.

Przy takich okazjach niemal zawsze wyskakuje zza węgła jakiś wyimaginowany hitlerowiec, co było zrozumiałe po wojnie, ale dzisiaj jest już dość absurdalne. Niedawno ktoś mnie spytał na Facebooku, czy napisałam tę książkę, bo uważam, że powinniśmy być wdzięczni Niemcom za drugą wojnę światową. I jak na coś takiego odpowiedzieć?

29.10.2007 WROCLAW PLAC UNIWERSYTECKI WYKOPALISKA ARCHEOLOGICZNE W ZWIAZKU Z PRACAMI ZIEMNYMI PROWADZONYMI POD BUDOWE PRZYSZLEGO MUZEUM NA STANOWISKU ZNALEZIONO WIELE PRZEDMIOTOW W PONIEMIECKICH PIWNICACH NP. MISECZKE MARKI ROSENTHAL , ROWERY MASZYNE DO PISANIA, ZASTAWE STOLOWA I KOMPLET SZTUCCOW

Niemiecka porcelana znaleziona podczas wykopalisk we Wrocławiu (fot. Łukasz Giza / AG)

Z upamiętnianiem niemieckiego przedwojennego dziedzictwa znakomicie radzi sobie Wrocław. Jakiś czas temu, nie bez politycznej awantury, udało się tam nazwać wzgórze w Parku Południowym imieniem Georga Bendera, bardzo zasłużonego dla miasta nadburmistrza Breslau. W obecnej sytuacji w Polsce wydaje się to niemożliwe. Właściwie, co jest ciekawe, w stosunku do ziem Zachodnich i Niemców generalnie powróciła narracja rodem z PRL-u. Wróciła arcypolskość i niemiecki wróg, co jest — musi pan przyznać — zadziwiające. Na szczęście ludzie odzyskujący pamięć tej ziemi się nie poddają: ani we Wrocławiu, ani w Legnicy, ani w innych miejscach. Mało tego, mieszkańcy są coraz bardziej zainteresowani przeszłością ziem północnych i zachodnich sprzed czterdziestego piątego, fascynują się kolejnymi odkryciami. Chodzi im głównie o to, żeby zrozumieć kontekst swojego bycia w tym konkretnym miejscu. To jest zrozumiałe, bo rośnie dopiero czwarte pokolenie — jesteśmy w «Polsce poniemieckiej» bardzo płytko ukorzenieni. I jeszcze jedno — jest w tym wszystkim jakaś terapeutyczna moc. Po dziesięcioleciach wypierania przedwojennej niemieckiej obecności można już głośno o niej mówić.

I współczuć wypędzonym Niemcom?

Tutaj sytuacja się komplikuje. Z jednej strony włącza się zwykłe ludzkie współczucie dla ludzi, których wypędzono z ich własnych domów. Polacy dzielą przecież los wypędzonych, wiedzą, co on oznacza. Z drugiej strony — pamiętamy, kto drugą wojnę światową wywołał i musiał ponieść tego konsekwencje.

Pochowani na przedwojennych cmentarzach też musieli?

Oczywiście, że nie. Ale, niestety, na nich też wzięto odwet. Zaraz po wojnie nie bardzo się cmentarzami zajmowano, były więc, szczególnie w dużych miastach, kryjówkami dla przestępców, a kiedy sytuacja się uspokoiła, zamieniły się w place zabaw. Sama wychowałam się na dawnym niemieckim cmentarzu. Potem były szabrowane: kolumny lądowały w ogrodach, podobnie jak anioły z nagrobków. Zaczęto też zaglądać pod ziemię, szukając złotych zębów, sygnetów i innych kosztowności.

I do akcji wkroczyło państwo.

Wkroczyło, bo w latach 70. do Polski zaczęli, o czym wspomniałam, przyjeżdżać Niemcy, a tu cmentarze zdewastowane. Jak to wygląda? Wybuchła panika i zaczęto je po prostu likwidować pod pretekstem porządkowania. Ruszyli wtedy na nie kamieniarze i zabrali się do przerabiania niemieckich nagrob

polskie lub kruszenia ich na kostkę. W Legnicy władze miejskie zbudowały z niemieckich płyt nagrobnych nowe ogrodzenie cmentarza. Nikt nie protestował. Mur stoi do dzisiaj, choć nie każdy o tym wie, bo płyty nagrobne układano napisami do środka.

WYWIAD GAZETA.PL

Karolina Kuszyk. Ur. 1977. Germanistka i polonistka, tłumaczka literatury niemieckiej i trenerka kompetencji międzykulturowych. Prowadzi zajęcia z przekładu literackiego i krytyki literackiej na Uniwersytecie Viadrina we Frankfurcie nad Odrą. Publikowała w «Małym Formacie», «Zadrze», «Kwartalniku Literackim Wyspa», «Notesie Wydawniczym», «Die Zeit», «Deutschlandradio Kultur» i «Tagesspiegel Berlin». Mieszka i pracuje w Berlinie i na Dolnym Śląsku. «Poniemieckie», książka Wydawnictwa Czarne, to jej debiut książkowy. Książka Karoliny Kuszyk ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne

Mike Urbaniak jest dziennikarzem kulturalnym «Wysokich Obcasów», weekendowego magazynu Gazeta.pl i felietonistą magazynu «Vogue».

Поделиться новостью в социальных сетях:

Добавить комментарий

Ваш адрес email не будет опубликован. Обязательные поля помечены *