11 listopada — Narodowe Święto Niepodległości Polski. Witamy!

NIE MYLMY CENZURY Z POLITYCZNĄ POPRAWNOŚCIĄ – O GRANICY WOLNOŚCI SŁOWA

„Czy w PL pedofile są częścią LGBT+, czy nie? Kto czuje się kompetentny odpowiedzieć?” – zapytał na Twitterze Redbad Klynstra-Komarnicki, aktor, prezenter telewizyjny i dziennikarz. Zapłacił za to pytanie wysoką cenę. Okrzyknięty został „homofobem” na podstawie tej łatki produkcja serialu „Król” wycofała się z propozycji, którą dla niego przygotowała. Hejt, który go spotkał spowodował, że ze współpracy zrezygnowała agencja aktorska, tłumacząc to „interesem firmy”. Nie chciała być utożsamiana z poglądami pana Klynstra-Komarnickiego.

Tylko, że on nie ma kontrowersyjnych poglądów. W wydanym przez niego oświadczeniu możemy przeczytać: „Mam znajomych i przyjaciół o różnych orientacjach seksualnych mieszczących się w skrócie LGBTQ+ i ich preferencje nie stanowią i nie stanowiły dla mnie nigdy kryterium oceny jakości ich człowieczeństwa. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem zaglądania przez Państwo czy Kościół do sypialni obywatela. Każdy ma prawo w swoim domu robić to, na co ma ochotę, o ile mieści się to w ramach prawa i nie narusza wolności drugiej osoby lub innej istoty, której prawa są chronione w naszej cywilizacji”. W tym kontekście warto się zastanowić, gdzie jest dzisiaj granica wolności słowa i czy w Polsce pojawia się cenzura motywowana polityczną poprawnością.

 

Słownik języka polskiego PWN definiuje poprawność polityczną jako „unikanie wypowiedzi lub działań, które mogłyby urazić jakąś mniejszość, np. etniczną, religijną lub seksualną”. Możemy sobie przecież wyobrazić, że zaistnieje jakaś grupa, która zechce w przestrzeni publicznej drwić z wartości, załóżmy katolickich, obrażając członków tej wspólnoty, jej hierarchów, nazywając duchownych dewiantami i kpiąc z ważnych dla tej grupy symboli. Wówczas, dzięki poprawności politycznej, takie działania zostaną napiętnowane społecznie i osoby, które te działania podejmują, określone zostałyby mianem „chamów” i w ten sposób traktowane.

 

Wiadomo, „cham” to osoba, która nie przestrzega zasad i jest przy tym ordynarna, zatem nie ma dla niej miejsca w towarzystwie osób dobrze wychowanych. Z takim „chamem” więcej nie będzie okazji się spotkać i nikt więcej jego tekstu nie wydrukuje, chyba że to przeprosiny. Tak przynajmniej wynika z założenia, o którym przeczytałem na stronie weekend.gazeta.pl w artykule „Poprawność polityczna znienawidzona jak gender. Dlaczego to pojęcie dla wielu stało się obelgą”. Właściwie jest to rozmowa redaktor Dominiki Buczak z profesorem Włodzimierzem Gruszczyńskim z Uniwersytetu SWPS. Redaktor stawia tezę, że termin „poprawność polityczna” przywołują w Polsce najczęściej prawicowe portale i prasa. Głównie w charakterze obelgi, na co profesor odpowiada, że to pewnie dlatego, że dla ludzi, którzy stosują się do zasad poprawności politycznej, jest to tak naturalne, że nie przychodzi im do głowy, żeby pisać artykuły o tym, że to wspaniała sprawa. Ewentualnie mogliby napisać coś o politycznej niepoprawności, ale wtedy użyliby raczej słowa „chamstwo”. Można zatem domniemywać, że wrażliwość lewicowa nie dopuszcza nawet potrzeby rozważań nad polityczną poprawnością, gdyż jest to trwały element ich postaw i wypowiedzi i jedynie „cham” nie stosuje się do tych zasad, jak to „cham”.

 

Profesor Gruszczyński definiuje w rozmowie poprawność polityczną w następujący sposób: „Mów poprawnie politycznie, czyli tak, żeby nie zrobić drugiemu krzywdy moralnej czy emocjonalnej swoimi słowami. To jedna z zasad komunikacji Grice’a: mów tak, żeby drugiej stronie było w miarę możliwości przyjemnie”. To w sumie bardzo infantylne założenie, ale skoro jedynie „cham” się do tej postawy nie stosuje, to może warto wdrożyć je w życie. Z tym że nikt tego nie robi. Przecież przytoczone przeze mnie kilka linijek wyżej działania w stosunku do katolików, to działania powszechne. Produkowanie i eksponowanie tzw. „cipomaryjek” czy obrażanie duchownych i chrześcijan, w szczególności katolików, to wręcz moda i sposób na zaistnienie w przestrzeni publicznej. Przybicie genitaliów do krzyża, czy podarcie Pisma Świętego, to przecież element wolności artystycznej, którą każdy ma prawo wyrażać jak chce. A że czasem zostanie uznany za obrazoburcę? Na tym polega sztuka. Otóż nie. Na tym polega hipokryzja, bo istnieją jednak tematy tabu, które traktowane są w sposób odmienny od religii, to m.in. tematy związane z mniejszościami seksualnymi.

 

Mamy dziś do czynienia z pewnym paradoksem. Środowiska promujące ruch LGBT+ robią wszystko, by o tym zjawisku było głośno. Organizowane są parady, w promocję ruchu zaangażowane są potężne środki finansowe, powstają odrębne działy literatury gejowskiej i lesbijskiej, proponowane są działania edukacyjne w szkołach. Z drugiej strony, publicznie zadane pytanie o rozwinięcie „plusa” znajdującego się po skrócie LGBT powoduje ostracyzm i niszczy artyście życie zawodowe. Dlaczego?

 

Wydaje się, ze nie o polityczną poprawność w tym wszystkim chodzi, bo przecież swoim pytaniem pan Klynstra-Komarnicki nikomu krzywdy moralnej czy emocjonalnej nie wyrządził. Podobnie jak redaktor Paweł Lisicki, który w programie „Wierzę” zapytał: „Dlaczego musimy umieć rozróżniać nauczanie Kościoła w kontekście ideologii LGBT od samego homoseksualizmu? Czy brak wyraźnego określania grzechu sodomii przyczynia się do utwierdzania homoseksualistów w przekonaniu, że da się go połączyć z nauczaniem Chrystusa?”. Jednak za te słowa zablokowany został kanał YouTube, w którym cykl audycji był emitowany. Z czym mamy zatem do czynienia, skoro nie o polityczną poprawność chodzi? Myślę, że z cenzurą.

 

Zacznę znowu od definicji słownikowej, żebyśmy poruszali się w tym samym zakresie pojęć. Zatem słownik PWN podaje, że cenzura to „kontrola publicznego przekazywania informacji, stanowiąca ograniczenie wolności wyrażania poglądów (tradycyjnie nazywanej wolnością słowa) oraz rozpowszechniania informacji (wolność druku)”. Każdy przejaw cenzury narusza tym samym wolność słowa. Z definicji. Słownik, ale i doświadczenie, podpowiada, że organy cenzury powoływane były zazwyczaj przez organy państwowe lub kościelne z punktu widzenia zgodności ich treści z prawem, polityką państwa, obronnością, moralnością czy zasadami wiary (stąd cenzura polityczna, wojskowa, obyczajowa, kościelna). Ale w przypadku kanału YouTube mamy do czynienia z cenzurą stosowaną przez prywatny podmiot, monopolistę, któremu pozwolono zdominować rynek przekazu video w Internecie. Zresztą, podobnie jak Facebookowi czy Twitterowi pozwolono na to samo w segmencie social media.

 

Kilka miesięcy temu grupa republikańskich senatorów wystąpiła przeciw praktykom cenzury stosowanym przez Google, Facebook i Twitter. Zasugerowali, że wymienione podmioty stosują cenzurę treści politycznych. Obawy senatorów potwierdziły się już w czerwcu br. gdy wyciekło nagranie z udziałem szefowej odpowiedzialnej za innowacje w Google. Jan Gennai, bo tak nazywa się szefowa, wypowiadała się m.in. na temat ostatnich wyborów prezydenckich w USA i zdradziła, że Google planuje tak dopasować algorytm wyszukiwarki, by wyświetlać przede wszystkim „właściwe” treści. Tak, by opinia publiczna została „właściwie” ukształtowana.

 

   W tym kontekście należy rozpatrywać działania podejmowane przez należący do Google kanał YouTube. I jak najbardziej należy protestować przeciwko przejawom cenzury, który firma ta stosuje. Dziwi mnie, że nie wszystkie środowiska, szczególnie te mające wolność, i demokrację na sztandarach, zauważają niebezpieczeństwo podejmowanych przez monopolistów działań. Jak pokazuje historia, nie każdy wróg mojego wroga jest moim przyjacielem i w sprawach tak ważnych jak wolność słowa, nie należy iść na żadne kompromisy, nawet gdy wydaje się, że przynoszą chwilowe zwycięstwo na froncie walki politycznej czy ideologicznej.

 

Wojciech Pokora (foto) sdp.pl

 

Поделиться новостью в социальных сетях:

Добавить комментарий

Ваш e-mail не будет опубликован. Обязательные поля помечены *