28 czerwca – Dzień Konstytucji Ukrainy! Witamy!

 

Stolica Polski «To, co działo się w Warszawie po wojnie, nie było komunistycznym pomysłem przywiezionym w teczce radzieckim czołgiem»

Mike Urbaniak

Tak jak dzisiaj wszyscy w Berlinie, Warszawie czy Dubaju mówią o smart city czy rozwoju zrównoważonym, tak wtedy wszyscy mówili o rozluźnianiu zabudowy, ograniczeniu własności prywatnej, wprowadzaniu zieleni, poszerzeniu ulic czy nowoczesnym osiedlu. W Polsce doszło do cudownej synergii między celami fachowców i celami władzy — mówi Grzegorz Piątek, autor książki «Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949».

«Warszawa należy do najbardziej zaniedbanych pod względem estetycznym miast Europy», a «miasto pozbawione piękna i sztuki nie jest miastem w pełnym tego słowa znaczeniu» — pisał przed wojną Alfred Lauterbach, historyk sztuki i konserwator. A taka niby piękna była ta przedwojenna Warszawa — Paryż Wschodu.

Trzeba z tym mitem walczyć, bo miał on naprawdę niewiele wspólnego z rzeczywistością. Pokolenie, które przeżyło wojnę i pamiętało przedwojenną Warszawę, tęskniło do wybranych miejsc, owszem, ale jako całość miasto uchodziło za estetyczny i funkcjonalny koszmar. Bezkrytyczna nostalgia za przedwojenną Warszawą narastała w pokoleniu, które jej nie pamiętało. Jakieś 30 lat po wojnie zaczęła się mitologizacja przedwojennej stolicy i trwa do dzisiaj.

Ale skąd ta tęsknota za wyimaginowanym miastem?

Chodzi pewnie o splot kilku mechanizmów. Jednym z nich jest mechanizm psychologiczny: miasto, w którym żyjemy, zawsze nam w czymś przeszkadza, zawsze nie do końca nas zadowala i łatwo jest wtedy wszystkie swoje pragnienia kierować w stronę raju utraconego, w stronę złotego wieku.

Nałożyło się na to zjawisko wiązania wszystkiego, co powojenne, z komuną, a komuna — wiadomo — samo zło, więc wszystko, co przed wojną, musi być wspaniałe. W społeczeństwie, które było, szczególnie pod koniec PRL-u, sfrustrowane komuną, łatwo było mitologizować przedwojenną Warszawę, będącą wszystkim tym, czym nie była Warszawa lat 80.

W mitologizacji pomógł też zapewne fakt, że Warszawa, ta lewobrzeżna, właściwie zniknęła.

Tak, to pomaga w uruchomieniu wyobraźni i daje łatwość podstawiania dowolnych fantazji pod kilka niewyraźnych obrazów przedwojennej Warszawy. Zwłaszcza że była słabo obfotografowana. Zdjęcia robiono przede wszystkim reprezentacyjnym miejscom i gmachom, a reszta miasta rzadko zasługiwała na fotograficzną kliszę. Bo nikt się nie pchał z aparatem do dzielnic nędzy czy zwykłych, codziennych przestrzeni.

Zaczerpnięty z twojej książki cytat z Lauterbacha, od którego zacząłem naszą rozmowę, był reprezentatywny dla współczesnych mu urbanistów i architektów?

Nie wiemy, jaką opinię miał tak zwany zwykły warszawiak. Natomiast wśród ludzi, którzy miasto badali i o nim pisali, dominował krytyczny osąd. Warszawa miała wtedy sporo kompleksów. Uważano na przykład, że nie wyglądała na stolicę. Była dużym, milionowym miastem, ale miała w czasach Imperium Rosyjskiego rangę raczej Charkowa niż Petersburga. Brakowało jej reprezentacyjnych przestrzeni, była miastem, w którym się głównie pracuje, mieszka i robi interesy. Ten kompleks miasta kupieckiego bolał stolicę. Inny kompleks związany był z wiekiem. Warszawa nie była tak stara jak Paryż, Wiedeń czy Praga, rozrosła się dopiero w XIX wieku. Bardziej przypominała więc Łódź. W końcu, wstydziła się Warszawa ciasnoty, niewydolności komunikacyjnej, braku zieleni czy braku światła w wielu mieszkaniach. Źle o niej przed wojną pisali ludzie bez względu na poglądy polityczne: i piłsudczycy, i endecy, i komuniści, i bezpartyjni. Wszyscy to samo.

I oto wojenna zagłada stolicy daje — choć brzmi to makabrycznie — szansę na budowę nowego, lepszego miasta. Zniszczenie «to naprawdę ulga dla urbanistów» — pisał o zmiecionym z powierzchni ziemi Muranowie Jan Chmielewski, autor koncepcji Warszawskiego Zespołu Miejskiego.

Tak, makabra z naszej perspektywy, ale coś naturalnego z perspektywy urbanistów i architektów, którzy chcą planować i budować. To esencja ich zawodu. Jesienią 1939 roku, kiedy zniszczenia były stosunkowo niewielkie, już chcieli poprawiać, co też robili w trakcie wojny. Wydział Planowania Zarządu Miejskiego, składający się z polskich architektów-urzędników, a to przebił jakąś ulicę, a to coś poszerzył. Wydając pozwolenia na budowę, też brano już wtedy pod uwagę plany na przyszłość.

Po wojnie najbardziej dojmujący stał się przykład Muranowa, żydowskiej dzielnicy, zwanej północną, która została kompletnie zniszczona przez Niemców po powstaniu w getcie. Wśród architektów i urbanistów czuć było wtedy wręcz schadenfreude, że wielki problem najbardziej przeludnionej dzielnicy został rozwiązany.

Wojna zabrała nie tylko budynki, ale też ich właścicieli. Jedna czwarta warszawiaków pojechała na śmierć do Treblinki.

Tak, to było także «rozwiązanie problemu biologicznego», bo w normalnych warunkach każdy urbanista czy władze miasta muszą się liczyć z oporem właścicieli nieruchomości, ale także mieszkańców, którzy mają zawsze opinię na temat wszelkich zmian. A tu nie trzeba było nikogo pytać o zdanie.

W pozostałych częściach miasta pomógł tak zwany dekret Bieruta, ograniczający prawa właścicieli i ich spadkobierców. Dlatego Warszawę w 1945 roku można było potraktować z grubsza jako czystą kartkę.

Dekret, który jest klątwą Warszawy właściwie do dzisiaj.

A wtedy był zbawieniem, przecięciem węzła gordyjskiego, który zawsze przeszkadzał w porządkowaniu miasta. I cokolwiek można myśleć o wykonaniu tego dekretu — dość brutalnym i niechlujnym, czego konsekwencje przeżywamy w Warszawie do dzisiaj — to jednak wychodził on z bardzo racjonalnych przesłanek, podzielanych nie tylko przez warszawskich, ale światowych urbanistów. Uważali oni, że miasta takie jak Warszawa, które rozrosły się w XIX wieku łapczywie i bez planu, można poprawić, tylko ograniczając znacząco prawa właścicieli.

Właśnie, a zdaje się, że większość Polek i Polaków żyje w przeświadczeniu, że to komunistyczne wymysły. Tymczasem z lektury twojej książki wynika, że mnóstwo działań ówczesnych władz wpisywało się w światowe trendy modernistycznej myśli urbanistyczno-architektonicznej.

Absolutnie tak. I jest to jeden z powodów, dla których napisałem tę książkę. Chciałem pokazać, że to, co działo się w Warszawie po wojnie, nie było jakimś komunistycznym pomysłem przywiezionym w teczce radzieckim czołgiem, tylko mainstream myślenia urbanistycznego. Tak jak dzisiaj wszyscy w Berlinie, Warszawie czy Dubaju mówią o smart city czy rozwoju zrównoważonym, tak wtedy wszyscy mówili o rozluźnianiu zabudowy, ograniczeniu własności prywatnej, wprowadzaniu zieleni, poszerzeniu ulic czy nowoczesnym osiedlu. W Polsce doszło do cudownej synergii między celami fachowców i celami władzy. Rządzącym było na rękę, żeby nie wracały XIX-wieczne kamienice czynszowe — chcieli się rozprawić z «kapitalistycznymi spekulantami». A urbanistom chodziło o  poprawianie miasta, żeby było zdrowsze, piękniejsze i funkcjonalne.

Miasta, o którym nie wiadomo tuż po wojnie, czy nadal będzie stolicą. Nową, poważnie rozważaną, kandydatką na stolicę była bowiem Łódź. Czy rzeczywiście dyskusję uciął Józef Stalin i zadecydował, że stolicą Polski nadal ma być Warszawa, bo «Polską rządzi się z Warszawy»?

Tak było, choć Łódź wydawała się wówczas najbardziej racjonalnym wariantem — duża, niezniszczona i w centrum Polski. Stalin kazał jednak Bierutowi, żeby zakomunikował rządowi, że do Warszawy mają czym prędzej powrócić funkcje stołeczne. I znowu doszło do cudownej synergii celów komunistycznej władzy i pragnień warszawiaków, chcących przecież niezwłocznej odbudowy miasta. Gdyby nie decyzja Stalina, odbudowa stolicy zostałaby być może odłożona ad kalendas Graecas. A tak padł jasny rozkaz jak najszybszego postawienia Warszawy na nogi.

Warszawy, na którą były różne pomysły. Między innymi taki, by odbudować ją — na wzór Canberry czy Waszyngtonu — wyłącznie jako siedzibę władz i administracji centralnej. Pomysł nawet ciekawy, ale niezrealizowany. Przeszkodzili w tym powracający masowo warszawiacy?

Ten pomysł miałby sens w idealnej rzeczywistości, gdzie można cały kraj zatrzymać w ruchu i urządzić od nowa. Jednak fakty często wyprzedzały formalne decyzje. Z czasem doszedł jeszcze jeden argument przeciw tej idei, bo komuniści doszli do wniosku, że Warszawa jako stolica kraju komunistycznego musi mieć przecież różnorodne klasowo oblicze. Nie mogą tam mieszkać tylko urzędnicy. Muszą także robotnicy.

Po wojnie powstaje Biuro Odbudowy Stolicy, główny bohater twojej książki. Instytucja, która dostaje zadanie — jak się wówczas wydaje — niemal niemożliwe. Warszawa w 1945 roku to 24 tysiące nieruchomości, z których połowa nie nadaje się do odbudowy, 20 milionów ton gruzu, tysiące ciał i niewybuchów. Jak to się udało?

Myślę, że coś takiego było możliwe tylko w warunkach tamtych tużpowojennych czasów, kiedy można działać na zasadzie wyższej konieczności, jak po klęsce żywiołowej. Zawiesza się działające dotychczas reguły i pewne służby dostają specjalne narzędzia. Tak było z BOS-em — to biuro architektoniczne projektujące na bieżąco budynki czy mosty, jednocześnie biuro urbanistyczne kreślące wizje na wiele lat naprzód, i urząd budowlany odpowiadający za bieżące naprawy i wydający pozwolenia na budowę. BOS-owcy chodzili więc w dziurawych butach rynsztokami zasypanymi gruzem, a głowy mieli gdzieś ponad tą codziennością i patrzyli w przyszłość.

Szybko stając się dopustem bożym dla wielu warszawiaków. Dlaczego?

Od początku byli przyczyną frustracji mieszkańców, którzy często traktowali BOS-owców jak urzędasów przychodzących na miejsce budowy czy rozbiórki i czepiających się wszystkiego. Czepiali się tego, że ktoś sobie coś sam odbudował albo odgruzował działkę i zrzucił gruz nie tam, gdzie trzeba. Ludzie uważali, że przeszkadza im się w urządzaniu się na nowo. Nie rozumieli, że BOS nie jest tylko po to, żeby naprawić, co się zepsuło, ale także, by stworzyć «najlepsze miasto świata».

Ludzie byli źli, że nie odbudowuje się przedwojennej Warszawy?

Owszem, choć niekoniecznie z powodów sentymentalnych, ale dlatego, że przeszkadzało się im w pierwszym logicznym odruchu: w odbudowie tego, co zostało stracone. Dlatego pewnie w oczach wielu obywateli BOS-owcy byli tymi, którzy próbowali zbawić ich na siłę.

Sami BOS-owcy nie byli zgodni w wielu sprawach. Do największych tarć dochodziło na linii moderniści — «zabytkowicze», jak nazywano frakcję konserwatorską. To, co powstało finalnie, jest wypadkową dyskusji i awantur między nimi.

Uważam, że miasta idealne są najkoszmarniejsze, więc bardzo dobrze się stało, że żadna ze stron nie wygrała. Obie tak naprawdę osiągnęły dużo, bo setki zabytków odbudowano i poprawiono, a reszta miasta została zorganizowana nowocześnie. Warto tu przy okazji obalić inny mit — o tym, że moderniści nie chcieli w ogóle odbudowy zabytków. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że kolumnę Zygmunta czy Krakowskie Przedmieście trzeba odbudować. Spór toczył się o zakres przedsięwzięcia: objąć nim całe dzielnice czy pojedyncze obiekty, jakiej dokonać selekcji.

Ruin warszawiacy nie chcieli oglądać.

W Warszawie jest jedna taka pamiątka — Grób Nieznanego Żołnierza, pozostałość po pałacu Saskim. I wystarczy. Warszawiacy chcieli jak najszybciej wrócić do normalnego życia, pozbierać się i pójść do przodu. Nie dziwię się, że takie pomysły, jak zostawienie rezerwatu ruin na Powiślu, szybko upadały. Nerwowo też reagowano na pomysł Muranowa jako osiedla-pomnika, gdzie budynki z nieotynkowanego gruzobetonu miały przypominać, że dzielnica powstała z pozostałości zburzonego miasta.

Ściany szybko otynkowano.

I udekorowano. To jest zrozumiałe, nikt nie chce mieszkać w grobowcu. Pamięć o zniszczeniach wojennych została ograniczona do wyselekcjonowanych miejsc.

Piszesz, że BOS tworzyli architekci o bardzo różnych poglądach: od AK-owców do komunistów. Jak to możliwe?

Po prostu było tak dużo pracy, że władza nie mogła wybrzydzać. Niektórych dawnych AK-owców spotkały z czasem szykany, ale generalnie w BOS było miejsce dla każdego. Środowisko architektoniczne powojennej Warszawy odzwierciedlało całą różnorodność polityczną przedwojnia. Z wyjątkiem Żydów, których większość wymordowano. Przeżyli pojedynczy, jak Józef Sigalin, późniejszy naczelny architekt Warszawy, czy Szymon i Helena Syrkusowie. Koniec końców ci sami ludzie budowali Warszawę przed wojną i po wojnie.

Do dzisiaj korzystamy z efektów ich pracy: od Krakowskiego Przedmieścia przez Muranów do Trasy W-Z. Wielu ludzi pewnie nie zdaje sobie sprawy, jak wiele odbudowano po wojnie. Na Zamku Królewskim i Ujazdowskim kończąc.

To jest ogromny sukces tego środowiska, a w pewnym sensie jego porażka, bo tak przekonująco odbudowali zabytki, że mało kto myśli na przykład o Nowym Świecie jak o ulicy wykreowanej po wojnie. Nowy Świat wygląda, jakby stał tak od 200 lat. I to jest kolejny powód, dla którego chciałem historię odkopać, bo od 30 lat nie było przekrojowej książki o odbudowie Warszawy. Chciałem przypomnieć, że po pierwsze — ona się zdarzyła, po drugie — że wydarzyła się na wielką skalę, i po trzecie — że te pomysły skądś się wzięły, że Warszawa nie nabrała kształtu ot tak, spontanicznie.

Kiedy patrzysz na nią dzisiaj, co ci się wydaje najbardziej udanym przedsięwzięciem?

Zieleń. Gdyby BOS-owcy się nie uparli, żeby nie wracać do starej struktury miasta z wąskimi uliczkami i podwórzami-studniami, Warszawa nie byłaby tak zielona. Dzisiaj ma nie tylko trzy razy mniejszą gęstość zaludnienia niż przed wojną, ale też kilkakrotnie więcej zieleni. Przed wojną w centrum były tylko ogród Saski, park Ujazdowski i park Krasińskich. Dzisiaj niemal każdy ma za oknem drzewo.

A co się nie udało?

Coś, czego BOS-owcy nie mogli przewidzieć. Współczesna Warszawa tak łatwo poddaje się samochodozie między innymi z powodu szerokich arterii, przebitych po wojnie przez centrum. Ale nawet tak szerokie arterie można sobie wyobrazić jako przyjemne ulice z dwoma szpalerami drzew po każdej stronie, ścieżkami rowerowymi i szerokimi chodnikami z kawiarniami. Trzeba tylko chcieć je tak zmienić.

Wielkim bez wątpienia sukcesem tamtych czasów są osiedla mieszkaniowe, pełne słońca, zieleni i infrastruktury potrzebnej mieszkańcom, jak place zabaw, szkoły czy przychodnie. Kiedy je zestawić z budowanymi dzisiaj przez stołecznych deweloperów, można tylko usiąść i płakać.

To jest faktycznie wielkie osiągnięcie powojennych architektów, dla których mieszkania i jakość życia były jedną z największych podniet. Już od lat 20. zastanawiali się oni, co znaczy: dobrze mieszkać. I znów spotkało się to z zainteresowaniem ówczesnej władzy. Co by nie mówić o polskich komunistach, mieszkalnictwo było jedną z ich sztandarowych kwestii. Rządzący powojenną Polską Bolesław Bierut przed wojną był działaczem Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Władza wzięła więc odpowiedzialność za mieszkalnictwo i za to wielkie jej dzięki. Dzisiaj Warszawa i inne polskie miasta cofnęły się do roku 1900, czyli czasów absolutnej dominacji prywatnych inwestorów, liczących tylko na jak największy zysk.

Skoro wspomniałeś towarzysza Bieruta — instalującego w Polsce sowiecki reżim stalinowskiego zbrodniarza — trzeba powiedzieć, że jego zainteresowanie architekturą było doprawdy niezwykłe. Nie przypominam sobie żadnego współczesnego polskiego polityka, który wykazywałby podobne ciągoty.

Tacy rzadko się zdarzają. Z władców Polski tylko Stanisław August Poniatowski i Bolesław Bierut tak bardzo interesowali się rozwojem architektoniczno-urbanistycznym Warszawy. Oczywiście Bierut miał tu ukryte swoje czerwone konfitury do zjedzenia, bo zależało mu na tym, żeby pokazać, jak państwo i partia pięknie Warszawę odbudowują. Ale niewątpliwie miał też wielką namiętność do architektury, był przecież przed wojną, przypominam, działaczem spółdzielczym. Nawet córkę wysłał na studia architektoniczne. Architekci czuli ten jego mecenat. Czuli, że Bierutowi zależy.

Nawet później, w latach 50., kiedy projektowanie było już bardzo zideologizowane, architekci mogli liczyć na to, że ich wysłucha, a on sam ich wręcz zachęcał do większego rozmachu, większej śmiałości. Nie dziwi mnie więc, że architekci poddawali się jego urokowi. Mogli widzieć w nim opiekuna i nie przyjmować do wiadomości, że ta sama ręka fałszuje wybory i podpisuje wyroki na niewinnych ludzi.

Odbudowa Warszawy zakończyła się oficjalnie w 1949 roku, choć nadal de facto trwała. I tu pojawia się pytanie: była to odbudowa czy budowa?

Prawdę mówiąc, zastanawiałem się długo, czy w tytule powinno być słowo «odbudowa» czy «budowa», bo im bardziej brnąłem w materiały, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że chodziło o tworzenie nowego miasta. Nawet zabytki były poprawione — od wewnątrz technicznie, od zewnątrz estetycznie. Zarówno modernistom, jak i «zabytkowiczom» chodziło w gruncie rzeczy o stworzenie miasta od nowa. Moim zdaniem słusznie.

Od lat piszesz o Warszawie, masz o niej dużą wiedzę. Odkryłeś coś przy okazji tej książki, czy już nic cię nie zaskakuje?

Najpierw potwierdziła się moja intuicja, że wizja Warszawy z pierwszych lat po wojnie nie była sterowana przez państwo, że naprawdę była wynikiem pracy architektów i urbanistów, kontynuacją tego, o czym oni dyskutowali przed wojną i w jej trakcie. Co obala mit, że odbudowę zaplanowano ściśle według pomysłów moskiewskich.

Niesamowitym dla mnie odkryciem stało się to, że pierwsza wizja nowego centrum Warszawy nie była robotnicza, bo architekci-inteligenci zaprojektowali je jako enklawę urzędników, profesorów, artystów i ewentualnie ich kierowców i sprzątaczek. Czyli, jak przed wojną, państwo ze służbą! Robotnicy zaś mieli mieszkać w ościennych miejscowościach Warszawskiego Zespołu Miejskiego. Dopiero rok 1949 i plan sześcioletni wprowadził robotników do centrum miasta, kończąc z poprzednią, elitarną wizją.

Tymczasem, 75 lat po wojnie, nadal trwają w stolicy ostre awantury między modernistami a «zabytkowiczami», bo Warszawa jest ciągle w budowie.

To prawda. I tak jak po wojnie moderniści chcieli burzyć resztki kamienic, tak teraz — w swojej współczesnej odsłonie — modernizatorzy niszczą to, co zbudowały powojenne pokolenia. Historia, można powiedzieć, zatoczyła koło.

Foto: Grzegorz Piątek, autor książki ‘Najlepsze miasto świata’ (fot. Jakub Celej)

Grzegorz Piątek. Ur. 1980. Badacz i popularyzator architektury, publicysta, pisarz. Ukończył Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. Był m.in. członkiem rady programowej warszawskiej kandydatury do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016, członkiem zarządu Centrum Architektury i szefem Wydziału Estetyki Przestrzeni Publicznej Urzędu m.st. Warszawy. Jest autorem i współautorem wielu projektów i publikacji poświęconych architekturze i stolicy. Za swoją książkę «Sanator: kariera Stefana Starzyńskiego» otrzymał Nagrodę Literacką m.st. Warszawy. Właśnie — nakładem Wydawnictwa W.A.B — ukazała się jego nowa książka «Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949».

 

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym «Wysokich Obcasów», weekendowego magazynu Gazeta.pl i felietonistą magazynu «Vogue».

https://weekend.gazeta.pl/weekend/

Поделиться новостью в социальных сетях:

One thought on “Stolica Polski «To, co działo się w Warszawie po wojnie, nie było komunistycznym pomysłem przywiezionym w teczce radzieckim czołgiem»

  • 22/04/2020 at 6:32 пп
    Permalink

    Miasta, o kt rym nie wiadomo tu po wojnie, czy nadal b dzie stolic . Now , powa nie rozwa an , kandydatk na stolic by a bowiem d . Czy rzeczywi cie dyskusj uci J zef Stalin i zadecydowa , e stolic Polski nadal ma by Warszawa, bo «Polsk rz dzi si z Warszawy»?

    Reply

Добавить комментарий

Ваш адрес email не будет опубликован. Обязательные поля помечены *