Studia nie dla dziennikarzy — Jacek Wegner polemizuje z prof. Januszem W. Adamowskim.

Temat studiów dziennikarskich przykuwa uwagę społeczną od co najmniej stu lat. I niepotrzebnie, bo do uprawiania naszego zawodu wcale nie jest potrzebna akademicka rozległa wiedza zawodowa.  

   Na przełomie lat 80.i 90. minionego wieku Bogdan Michalski, profesor Instytutu Dziennikarstwa UW, przekonywał, że dziennikarzem może być każdy, nawet bez studiów  profesjonalnych. Co więcej, Michalski postulował wprowadzenie tej opinii do Prawa Prasowego  z 1954 r. i później wielokrotne nowelizowanego. Notabene aż wstyd przyznać, że do dziś nie mamy  nowoczesnej ustawy medialnej. Widocznie Rada Mediów Narodowych poprzestaje jedynie na pobieraniu  gratyfikacji za to, że jest utworzona.

Michalski miał rację. Jak w każdym rzemiośle, tak i w naszym  wystarczy praktyka, czyli, jak to dawniej się mówiło, terminowanie u mistrza. Oczywiście jakąś wiedzę teoretyczną trzeba posiąść. U szewca na przykład o rodzajach i jakości skór, sposobach łatania dziur w obuwiu itp. Tej wiedzy odpowiadałaby w dziennikarstwie znajomość technik przekazu i form podawczych, czyli genologii dziennikarskiej. Te zasady zawodowe można jednak poznać w kilka dni, no, może kilka tygodni.

Natomiast  o wiele trudniej  wykorzystywać owo poznanie w praktyce, bo oprócz zgłębienia tajników technicznych i genologicznych konieczna jest, po pierwsze, wnikliwa orientacja odnosząca się do egzystencji społeczeństw szeroko pojętej. Zdobywa się ją na różnych kierunkach studiów, niekoniecznie, a raczej rzadko, na studiach  dziennikarskich.

Po drugie, nasze rzemiosło jest o tyle niezwykłe w  zestawieniu z innymi rzemiosłami, że jego tworzywem nie jest materia. Substancją, z której wytwarzamy nasze przekazy, to słowa i obrazy odtwarzające i komentujące rzeczywistości nieznane lub mało znane odbiorcom.  I tu cała trudność —  jak słowa i obrazy  zestawiać i tak przekształcać, żeby dla odbiorcy stawały się realnością, i na dodatek atrakcyjną w percepcji. Do tego trzeba talentu. A żadne studia go nie dadzą; talent zaś można zaprzepaścić lub doskonalić. Wcale nie na studiach – w działaniu. Dlatego napisałem, że adept dziennikarstwa musi niczym,  przepraszam za porównanie, czeladnik szewski terminować  u mistrza, żeby korzystając z jego doświadczenia rozwijać swe predyspozycje otrzymane od losu. Bez terminowania i talentu żadne studia na nic. Nic dobrego się nie napisze, nie wypowie, nie sfotografuje, nie skomponuje w obrazach, można jedynie w internecie, wypisywa­ć niezdarnie (czy zgoła wulgarnie) myśli  czy pozornie ważne  spostrzeżenia.  Dlatego być może Janusz Adamowski, medioznawcza, dziekan  Wydziału Dziennikarstwa, Informacji Bibliologii UW w wypowiedzi opublikowanej na  naszym portalu  1 sierpnia br. uznał to właśnie najnowsze medium za zagrożenie dla  kształcenia dziennikarzy. Na pewno. Lecz czy jedynie dziennikarzy? Ale to inny temat, na inną wypowiedź.

Adamowski zwraca też uwagę, że dziennikarz musi znać współczesne techniki przekazu. Jak najbardziej. Wszelako wydawanie gazet przed erą internetu też wymagało sporej wiedzy technicznej.  W tamtym czasie na studiach dziennikarskich trzeba było wkuwać „Techniki drukarskie” Mieczysława Kafla. Współczesne techniki medialne są łatwiejsze od ówczesnych na przykład przeliczeń wierszy  maszynowych na składy, najczęściej, nonparelowa,  petitowe czy garmondowe albo z ilości wierszy maszynopisowych wyliczania długości szpalty o określonej w kwadratach, nie w centymetrach  o szerokości,  Dzisiaj te i inne czynności wykonuje za nas komputer, którym sterowanie jest w ogóle nieporównanie łatwiejsze niż dawne łamanie gazety w technice typograficznej, postguetenbergowskiej. Wówczas wymagało ona jednak pewnej wiedzy: owe konieczne w gazetach obliczenia arytmetyczne, i wreszcie, jak podkreślałem, talentu, żeby strona przykuwała uwagę czetnika, była ładna, komunikatywna. Dziś wydawcy i redaktorzy naczelni nie dbają o to i gazety robi się na komputerach byle jak i najtaniej.

Serwisy  telewizyjne są jeszcze gorsze. Niedawno pisałem tu o „Niszczeniu dziennikarstwa w TVP” —  felieton został przedrukowany w  najnowszym numerze „Bez wierszówki” (numer 4-6 br.).  I to są właśnie skutki internetu, o którym profetycznie mówił w latach 60 ubiegłego wieku Marshall McLuhan, że stworzy na globie niebywałe wprawdzie i nieograniczone możliwości komunikacji werbalnej  tudzież wizualnej w ułamkach sekund, ale  kulturę ogólną ludzkości sprowadzi do poziomu jaskiń….

Janusz Adamowski, który, jak napisałem wyżej, udzielił nam wywiadu, widzi w internecie zagrożenia dla szkolnictwa dziennikarskiego. Poszedłbym dalej — obaczyłbym to medium(?) winą za niechlujstwo faktograficzne i językowe wytworów naszej profesjonalnej aktywności – o to, co kol. Marak Palczewski nazywa „fake news”….

Toteż pilnie potrzebni są, by ratować ojczystą kulturę medialną,  sprawni  i uczciwi mistrzowie  słowa dziennikarskiego, obrazu i dźwięku. Gdyby stowarzyszenie nasze uruchomiło szybkie kursy dla adeptów i wolontariuszy (internetowych) dziennikarstwa, to by wśród nas, starych weteranów słów prawdziwych i pięknych, nie zabrakło doświadczonych dydaktyków. A wtedy moglibyśmy się spodziewać, że groźna przepowiednia McLuhana  nie prędko  u  n a s  się ziści.

Jacek Wegner (foto)

sdp.pl

Добавить комментарий

Ваш e-mail не будет опубликован. Обязательные поля помечены *