11 listopada — Narodowe Święto Niepodległości Polski. Witamy!

 

«W USA można być dumnym z tego, że jest się potomkiem niewolników, a u nas — z herbu»

WYWIAD GAZETA.PL z Adamem Leszczyńskim (foto), autorem ‘Ludowej historii Polski’

Arkadiusz Gruszczyński

Pochodzę z chłopskiej rodziny, a ty?

Dopiero mój dziadek, który wychował się w wiejskim, biednym domu, poszedł na studia. Przed wojną był szykowany na księdza, w PRL został inżynierem, profesorem i wysokim urzędnikiem. Do końca życia uważał, że jego awans społeczny był zasługą PRL-u.

To typowa biografia?

Nie, większość historii awansu nie była tak spektakularna.

W jakim sensie?

Mówimy o synu bardzo biednego chłopa, który stał się profesorem. Zazwyczaj awans w pierwszym pokoleniu oznaczał migrację do miasta i pracę w fabryce. Nawet w tej wersji była to realizacja odwiecznego marzenia o lepszym życiu. Ludzie z nizin społecznych marzyli o tym zawsze i wszędzie, także u nas.

Z etosem chłopskim wiążą się takie wartości jak samoorganizacja, solidarność czy dbanie o najbliższych. Dlaczego taka opowieść nie jest obecna w dominującej narracji o Polakach?

Z naszą opowieścią o historii jest trochę tak, jak gdyby o dziejach amerykańskiego Południa opowiadali wyłącznie potomkowie właścicieli niewolników. Jest jednostronna.

Dominuje nurt, który po pierwsze skupia się na polityce, po drugie — na polityce uprawianej przez elity, a po trzecie — na historii państwa, czyli odzyskaniu niepodległości, powstaniach i zaborach. Rozumiem, skąd to się wzięło. Natomiast warto wiedzieć, że jest to narracja ograniczająca i wyłączająca przeszłość większości naszego społeczeństwa.

Dlatego chciałem opowiedzieć polską historię z innej perspektywy.

Czyli jak?

Opowiadanie o przeszłości jest zawsze polityczne. Wybitna polska filozofka i metodolożka historii prof. Ewa Domańska napisała kiedyś, że historia jest dyscypliną policyjną, ponieważ służy uzasadnianiu istniejącego porządku. Rodzimi historycy (nie wszyscy, ale wielu) skupiają się na nacjonalistycznej i solidarystycznej wizji narodu. W uproszczeniu: Polacy stanowią rodzaj wielkiej rodziny, która rywalizowała z innymi «rodzinami» narodowymi, ale wewnątrz pielęgnowała solidarność społeczną. Ci z wyższych warstw dbali o warstwy niższe. To konflikt z obcymi stanowi główną oś historii. W praktyce nacjonalistyczna historiografia jest opowieścią o pochodzie przez dzieje narodu polskiego, który wspólnymi siłami, ramię w ramię walczył z wieloma przeciwnościami, takimi jak potop, zabory i inwazje. Były spory, ale wiadomo — jak w rodzinie, rodzina zawsze jednak zostawała najważniejszą wartością.

Zawsze byliśmy razem?

Nie. Osią naszej wewnętrznej historii była przemoc. Elity — dziedzic czy właściciel fabryki — biły i wyzyskiwały rodaków o niższym statusie. Oni się na różne sposoby opierali. To była norma. «Ludowa historii Polski» opowiada o wewnętrznym konflikcie i o tym, że przez wieki źle się nawzajem traktowaliśmy.

Przeszłość jest dla mnie historią rywalizacji między elitami a ludem o podział społecznego produktu. Państwo pojawia się tutaj jako rodzaj instytucjonalnej maszynerii, która zajmuje się głównie redystrybucją z dołu w górę, to znaczy: zabiera tym na dole i daje tym, którzy są na górze. Elity z kolei wykorzystują zasoby do tego, żeby zbudować organizm państwowy, czyli wojsko, policję i instytucje, ale także do ostentacyjnej konsumpcji.

Jak na to reagują «doły»?

A jakbyś reagował? Sprzeciwem. Sabotują w pracy, strajkują, czasami zabijają. Technik oporu jest bardzo wiele. Takich sytuacji w historii ziem polskich było wiele. I wiele z nich — jak np. masowe protesty przeciwko pańszczyźnie w 1861 r., tuż przed powstaniem styczniowym — zostało całkowicie wypartych z pamięci zbiorowej.

Interesuje mnie, jak elita opisywała lud i czy ten opis się zmieniał?

Zacząłbym od tego, że każda władza potrzebuje mitologii. Na przykład głęboko zostało ugruntowane przekonanie, wyrażone na różne sposoby w wielu tekstach, że poddany jest kimś moralnie gorszym — i dlatego zasługuje na to, żeby być poddanym. Chłopów przez stulecia opisywano w tekstach szlacheckich jako osoby nieprzesadnie rozgarnięte, nieumiejące racjonalnie gospodarować, wymagające opieki. W tym obrazie chłop był potulny, mało przedsiębiorczy, unikający ryzyka, bojaźliwy, prymitywny, często brudny. To, co dziedzic postrzegał jako lenistwo, było racjonalnym zachowaniem — nikt nie chciał wysilać się dla pana. Przez stulecia chłop nie mógł posiadać własnej ziemi, mógł ją użytkować, a jego prawa do niej zawsze dawało się podważyć. Nawet jego ruchomości nie były bezpieczne. Jeśli nie mogę bezpiecznie gromadzić dóbr, pracuję tylko tyle, żeby przeżyć. Od XVIII w. dyskutowano zresztą o tym często, oświecenie dostrzegało, że motywacja do pracy jest kluczowa i że warto ją człowiekowi zapewnić, jeśli oczekuje się od niego wysiłku. «Tyrana kochać jest przeciw naturze» — zauważał przytomnie jeden z pisarzy.

Przez stulecia chłop nie mógł posiadać własnej ziemi, mógł ją użytkować, a jego prawa do niej zawsze dawało się podważyć (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Ale jednak doszło do zmiany, zniesiono pańszczyznę.

Pod ogromną presją polityczną i ekonomiczną, w momencie kiedy elita czuła zagrożenie i musiała zrezygnować z kawałka swojej władzy. Trwało to kilkadziesiąt lat i odbywało się etapami, często decyzją zaborców i przy oporze naszych ziemian.

Kto wymyślił tę formę ucisku?

Nikt. Była efektem ewolucji historycznej, zresztą w całym regionie, decyzji wielu osób, w tym chłopów, którzy niekiedy przyjmowali poddaństwo dobrowolnie, ponieważ uważali, że jako poddani będą mieli większe szanse na przetrwanie niż jako ludzie wolni.

Nie opisuję pańszczyzny z moralizatorskim zadęciem, ale pamiętam o brutalności, która się z nią wiązała, nawet jak na standardy ówczesnego świata. Relacje między panem i chłopem były zdaniem wielu obserwatorów nacechowane wyjątkową przemocą. «Lud tutejszy, t.j. te miliony zwierząt pociągowych w postaci ludzkiej, wykluczony od praw ludzkich i nieliczący się do narodu pomimo swej liczby, ten lud wskutek długiego niewolnictwa spadł do stopnia zwierzęcości i braku czucia, nieopisanego lenistwa i zupełnej głupoty, z którego może zaledwie za sto lat podniesie się do poziomu gminu europejskiego» — pisał pod koniec XVIII w. o Rzeczypospolitej Georg Forster, wybitny przyrodnik, profesor Uniwersytetu Wileńskiego, który spędził u nas kilka lat i poznał kraj dobrze.

Z punktu widzenia elit pańszczyzna była efektywnym systemem organizacji produkcji i kontroli siły roboczej. W oficjalnej ideologii pańszczyzna była rodzajem transakcji: chłop otrzymywał od właściciela w użytek ziemię i opiekę. A pan dostawał tanią siłę roboczą, czynsz, różne posługi, których lista była długa.

Czym była ta opieka?

Kiedy na przykład chłopu zawaliła się chałupa, właściciel pomagał mu ją odbudować. Chłop musiał zazwyczaj tę pomoc zwrócić, często w dwójnasób. Poddany prywatny podlegał władzy sądowniczej dziedzica, nie mógł legalnie opuścić wsi bez jego zgody, pracował, pilnował, przewoził, pomagał w polowaniu. I płacił. Miał jeszcze listę innych powinności. Ten system przez długi czas przynosił wysokie dochody dziedzicom, ale per saldo był niekorzystny dla rozwoju gospodarczego w Polsce i powodował narastanie dystansu pomiędzy ziemiami Rzeczpospolitej i Zachodu.

Jeżeli mówisz o tak szczelnym systemie zależności i przemocy, to dlaczego nie nazywasz chłopów niewolnikami?

Bo nimi nie byli. Ich położenie miało strukturalne podobieństwa, które dostrzegali często współcześni: ci ludzie byli pozbawieni w dużym stopniu osobowości prawnej, ich życie i śmierć pozostawały w rękach dziedzica, regulacje pańskie wchodziły w intymne aspekty życia…

Chłopi z cepami w pochodzie (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

To gdzie jest różnica?

Najczęściej nie byli kupowani i sprzedawani, nie byli skoszarowani, mieli pewien zakres swobody w prowadzeniu własnej aktywności gospodarczej — różny w różnych okresach i regionach.

A istnieje powiązanie między tymi elitami i powojenną inteligencją, która budowała sojusz z robotnikami?

Część z nich wywodziła się ze zdeklasowanej szlachty, a ci, którzy dołączyli, często przejmowali jej świat wartości i sposób myślenia. W tym także protekcjonalizm w stosunku do ludu. Uważano, że rolą inteligencji jest przewodnictwo i opieka. Inteligencja się poświęca w imię dobra narodowego i za to powinna być rekompensowana statusem. Te cechy przypisałbym dziedzictwu dawnych elit. Gdzieś obok tego pojawia się pokusa idealizowania chłopów. A przecież to nie jest i nigdy nie była jednorodna masa.

 

Zgoda. Mówimy o skomplikowanej i potężnej grupie społecznej, podzielonej, o różnym statusie i interesach, a także różniącej się wewnątrz statusem prawnym. Poza tym idealizowanie jest taką samą pomyłką jak paternalizm. To są dwie strony tego samego medalu. Elity często idealizowały lud, kiedy potrzebowały wsparcia społecznego dla swoich politycznych projektów. W czasach chłopomanii pod koniec XIX wieku elity inteligenckie chciały dzięki ludowi stworzyć nową Polskę, wierzono, że polityka musi się stać demokratyczna. W okresie «Solidarności» (1980-81) było podobnie: elity opozycji idealizowały lud, czyli robotników. Kiedy przestali być potrzebni, elita ich opuściła, a wcześniej zmieniła zdanie na ich temat, co ostatnio świetnie opisał filozof Michał Siermiński w książce «Pęknięta Solidarność».

Co z twojej opowieści zostało nam do dzisiaj?

Historycy mówią niekiedy o «długim trwaniu» — w uproszczeniu: pewnych cechach społeczeństw, które pozostają stałe przez stulecia. Nasz kraj się oczywiście w ostatnich 250 latach bardzo zmieniał, tak samo jak skład społeczny elit i ludu. Ale pewne relacje pozostały zadziwiająco stałe. Drobny przykład: słabość prawa pracy. Od kiedy pojawiało się na ziemiach polskich w XIX wieku, a potem w II i III RP, ustawodawstwo było kulawe, instytucje, które je egzekwowały, były niedofinansowane, nie mówiąc o tym, że zapisy często pozostawały martwe. Na przykład w XX-leciu międzywojennym sądy często orzekały niskie kary wobec pracodawców łamiących notorycznie prawo pracy, o ile w ogóle ich karano.

Wzięło się to z przekonania, że praca pozostawała w sferze prywatnej, między panem a chłopem, a nie między państwem i obywatelem?

Możliwe! Mówiono także, że trzeba chronić pracodawców, ponieważ pomaga to «wytwórczości krajowej». Kiedy powstała III RP, błyskawicznie wróciliśmy do tej tradycji, o ile kiedykolwiek od niej odeszliśmy. Historie o łamaniu prawa pracy przypominają te z XX-lecia, oczywiście w innych warunkach gospodarczych, ponieważ ludzie dziś częściej pracują w biurze niż w fabryce albo w rolnictwie.

Mówimy o skomplikowanej i potężnej grupie społecznej, podzielonej, o różnym statusie i interesach, a także różniącej się wewnątrz statusem prawnym (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Czy takim mechanizmem nie jest też opór przed progresywnymi reformami?

Dotykasz polskiej historii radykalizmu społecznego. Ta opowieść też jest stała. Zazwyczaj było tak, że idee, które ty nazywasz progresywnymi, a ja emancypacyjnymi, płynęły głównie z Zachodu. Tutaj były przyjmowane przez wąskie grupy, które realnie miały bardzo niewielkie poparcie społeczne. Te grupy radykałów często walczyły z niezrozumieniem mas, w imieniu których chciano te reformy wprowadzać, oraz, oczywiście, z oporem elit. Argumenty konserwatywne nie zmieniły się od 200 lat. W I połowie XIX wieku dyskutowano o zniesieniu pańszczyzny, a dzisiaj o dochodzie podstawowym lub związkach partnerskich. I wtedy, i dzisiaj mówiono, że Polska jeszcze «dostatecznie nie dojrzała». Nie wiadomo jednak, kiedy mielibyśmy dojrzeć i kto miałby to ocenić. Mówiono też np., że pewne emancypacyjne rozwiązania sprawdzają się co prawda na Zachodzie, ale «u nas» te nowinki się nie przyjmą. Na początku XIX wieku mówiono często, że pańszczyznę można znieść w kraju, który jest uprzemysłowiony, w którym obieg pieniężny jest bardziej rozbudowany, gdzie naród jest oświecony. A w Polsce chłop był ciemny i jeśli dostałby w posiadanie ziemię, to ją przepije, zaniedba, sprzeda Żydowi. Pańszczyzna jest więc dla niego dobrodziejstwem.

Dlaczego chłopi nie są dumni ze swojej tożsamości?

Ponieważ żyliśmy w świecie absolutnej dominacji szlacheckiego wzorca stylu życia i manier. W USA można być dumnym z tego, że jest się potomkiem niewolników, a u nas — z herbu.  Także polityka historyczna państwa polskiego po 1989 roku była wyraźnie ukierunkowana na pielęgnowanie mitu szlacheckiego. PiS wzmocnił tę tendencję. Edukacja szkolna jest aktywnie zaangażowana w dyskredytację albo wymazywanie progresywnych idei w polskiej historii. Wymazuje się albo przedstawia w złym świetle ruchy emancypacyjne, grupy socjalistyczne czy zrywy chłopskie.

Jak odpowiadasz na zarzut, że pisanie o przeszłości z ludowej perspektywy nie ma sensu, skoro o kształcie kraju zawsze decydowała elita?

Ona musiała jednak liczyć się z ludem i zabiegać o jego poparcie. Przypominam, że wojny z bolszewikami w 1920 roku nie wygrała elita, tylko lud, który masowo zaciągał się do wojska — albo który wcielano, nie zawsze ci ludzie chcieli iść na wojnę. Chłopi i robotnicy walczyli także dlatego, że obiecano im ośmiogodzinny dzień pracy i reformę rolną, których potem nie dostali. Ośmiogodzinny dzień pracy był fikcją w bardzo wielu sektorach gospodarki, a reforma szła niesłychanie powoli i z oporami.

Ta powtarzalność polskiego losu jest przerażająca, dopiero teraz to do mnie doszło.

Dlaczego? Elity prowadzą swoją politykę. Polityka bywa brutalna. Co cię tu przeraża?

Nie sądzę, żeby budowanie wspólnoty na takich warunkach było czymś pozytywnym.

Pamiętaj, że można ją budować także na przemocy i wykluczeniu. Przecież np. elity ruchu narodowego przez długie dekady w XX wieku budowały naród m.in. antysemickim klejem, który był dla niej praktycznym środkiem mobilizacji. Budowanie wspólnoty nie zawsze jest zaletą.

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

Adam Janusz Leszczyński (ur. 26 listopada 1975 w Warszawie) – polski historyk, socjolog, dziennikarz i publicysta, profesor nadzwyczajny w Instytucie Studiów Politycznych PAN i w SWPS Uniwersytecie Humanistyczno społecznym, członek zespołu „Krytyki Politycznej” oraz współzałożyciel OKO.press.

Поделиться новостью в социальных сетях:

Добавить комментарий

Ваш адрес email не будет опубликован. Обязательные поля помечены *