Tryumf Magyara to nie tylko ulga dla Unii Europejskiej i nadzieja dla liberałów. Również kilka cennych wskazówek dla Europejczyków i Amerykanów, jak walczyć z MAGA.
Pokonanie Viktora Orbana wymagało czegoś więcej niż zwykła kampania wyborcza, nawet czegoś więcej niż nowy przekaz: zbudowania oddolnego ruchu społecznego. Szerokiego, zróżnicowanego i patriotycznego. Właśnie to zrobiła węgierska opozycja – i w ten sposób już zmienia politykę na całym świecie.
Porażka autokratycznego premiera Węgier mocno nadweręża przekonanie, jakie żywi ruch Make America Great Again: że antydemokratyczny trend jest trwały i to tylko kwestia czasu, gdy alt-rightowy porządek zapanuje w całym świecie szeroko rozumianego Zachodu.
I kładzie kres u jednych fatalistycznemu, u drugich tryumfalnemu przekonaniu – tak silnemu w retoryce Władimira Putina – że antydemokratyczny trend jest czymś nieodwracalnym, a partie nieliberalne w kolejnych krajach czeka nie tylko marsz po zwycięstwa, lecz wieczne utrzymanie władzy, ponieważ mają poparcie „zwykłych» czy „prawdziwych» ludzi.
Jak się okazuje, historia tak nie działa. „Zwykli» czy „prawdziwi» ludzie wcześniej czy później mają dość skorumpowanych, aroganckich, brutalnych władców. Stare antydemokratyczne idee, po wielokroć przepakowywane jako nowe, buntownicze i świeże, tracą na znaczeniu. Młodsi kwestionują reżimową ortodoksję. Nie-liberalizm w tej czy innej formie koniec końców prowadzi do rażącej korupcji.
A jeśli ktoś taki, jak Orbán, prototyp i mentor całej serii reakcyjnych kleptokratów i nieliberalnych populistów, może przegrać, to jego rosyjscy i amerykańscy wielbiciele oraz mecenasi również mogą.
Peter Magyar, lider opozycji i prawdopodobnie przyszły premier Węgier, wygrał z przewagą tak znaczną, że daje jego partii Tisza większość konstytucyjną.
Parlament Europejski, Viktor Orbán wita się z przywódcą opozycji Péterem Magyarem Alain Rolland/European Union, 1998-2026
Aby to osiągnąć, zjednoczeni demokraci musieli pokonać przeszkody, które zazwyczaj nie występują w europejskich demokracjach. Po 16 latach tego, co sam Orbán określił jako reżim nieliberalny, Fidesz, jego wodzowska partia, kontrolowała sądownictwo, administrację centralną i lokalną biurokrację, uniwersytety i znakomitą większość mediów, a także grupę potężnych oligarchicznych firm. Które z kolei kontrolowały znaczną część gospodarki.
Orbán wykorzystał tę kontrolę nad państwem do zbudowania niezwykłej międzynarodówki — sieci zróżnicowanych, lecz zgodnie współpracujących nieliberalnych i skrajnie prawicowych zwolenników – oraz mechanizmów finansowania ich dążących do władzy przedstawicieli.
W ostatnich tygodniach kampanii wszyscy ci przyjaciele i beneficjenci zjednoczyli się. Orbána odwiedzili lub wsparli werbalne tak różni, a zarazem tak podobni przywódcy i liderzy, jak Donald Trump, J.D. Vance, Benjamin Netanjahu, Marine Le Pen, Alice Weidel, Javier Milei, o licznych nieliberalnych celebrytach z Polski, Słowacji czy Brazylii nie wspominając. A węgierscy i amerykańscy dziennikarze śledczy donosili, że w Budapeszcie powstał rosyjski zespół wywiadowczy, mający wspierać kampanię Orbana w serwisach społecznościowych i przeprowadzać prowokacje.
Magyar był w dokładnie odwrotnej sytuacji.
On i jego partia mieli bardzo ograniczony dostęp do węgierskich mediów, których zdecydowana większość jest własnością państwa lub oligarchów Fideszu, i znacznie ograniczony dostęp do billboardów – bo w przeciwieństwie nie dysponowali nieograniczonymi pieniędzmi, a przede wszystkim dlatego, że wiele powierzchni reklamowych kontroluje rząd.
Współpracownicy, zwolennicy Magyara i sprzymierzeni z nim politycy napotkali również, mówiąc eufemistycznie, osobiste przeszkody, a mówiąc wprost – doświadczali regularnych szykan.
Rok temu spotkałam polityka Tiszy, który powiedział mi, że jego żona straciła pracę, a znajomi zaczęli się od niego trzymać z daleka po tym, jak ogłosił, że popiera Magyara.
Baza danych Tiszy została zhakowana i opublikowana w internecie, by zachęcić i ułatwić zwolennikom Orbana nękanie członków partii. Jeszcze trzy tygodnie temu wielu aktywistów Tiszy wypowiadało się wyłącznie nieoficjalnie — nawet w samym w Budapeszcie.
Magyar i jego zespół walczyli w terenie. Dobrze wiedzieli, że nie wygrają, jeśli będą trzymali się stolicy i innych dużych miast. Dlatego Magyar od 2024 roku podróżował po kraju, odwiedzając małe miasteczka i wsie, niektóre wiele razy. W ostatnich dniach kampanii odbywał pięć lub sześć spotkań wyborczych każdego dnia.
I jak ognia unikał tematów, które Orbán promował – polityki globalnej, wojny w Ukrainie, rzekomych ukraińskich prób destabilizacji lub wręcz wciągnięcia Węgier w konflikt – omijał też delikatne i dzielące, łatwo rozgrywane przez propagandystów prawicy, kwestie obyczajowe i kulturowe. Koncentrował swoje przemówienia kampanijne i przekazy na platformach społecznościowych na kwestiach, których „zwykli» i „prawdziwi» ludzie doświadczają na własnej skórze niezależnie od światopoglądu: na gospodarce, służbie zdrowia i szkolnictwie.
Oraz na publicznym złodziejstwie. Był wiarygodny i przekonywający, gdyż mówił o korupcji w partii rządzącej i w państwie jako były członek Fideszu.
Generalnie — Magyar skutecznie uciekał od łatek orbanowskich propagandystów w rodzaju „przedstawiciela elit», przedstawiając się jako członek europejskiej, przestrzegającej prawa centroprawicy. I wymachując, wraz ze zwolennikami, węgierskimi flagami.
Ale wielką rolę odegrało coś, co w ostatnich latach wydawało się odesłane w niebyt przez serwisy społecznościowe: niezależne dziennikarstwo. Pomimo wszystkich przeszkód i ograniczeń natury finansowej oraz politycznej, na Węgrzech przetrwała niewielka liczba dziennikarzy gotowych drążyć i relacjonować.
W ciągu ostatnich kilku tygodni dziennikarz śledczy Szabolcs Panyi z kolegami z portalu Direkt26, jednego z ostatnich niezależnych mediów w kraju, cierpliwie demaskował antyukraińską propagandę Orbána. Oraz docierali do transkrypcji rozmów, nagrań audio i relacji ze spotkań, które ujawniły, że premier i jego minister spraw zagranicznych zmawiali się z Putinem i wieloletnim potężnym szefem rosyjskiej dyplomacji Siergiejem Ławrowem.
Te nagrania ujawniły coś, co Panyi zwięźle opisał mi jako „wielkie kłamstwo, że Orbán był suwerenistycznym premierem». Rzeczywiście: lider Fideszu przechwalał się swoją niezależnością, dużo mówił o wyjątkowych węgierskich tradycjach, których broni, o węgierskiej dumie, przedstawiał jako nacjonalista, ale rozmawiając przez telefon z Putinem, siebie określił jako mysz, a rosyjskiego przywódcę jako lwa.
Orbán od lat twierdził – i budował na tym popularność — że walczy z zagranicznymi siłami będącymi w antywęgierskiej zmowie – finansistą i filantropem George’em Sorosem, Unią Europejską, migrantami – a w rzeczywistości sam był od początku zależny od cudzoziemców.
Te wszystkie fakty w końcu znalazły oddźwięk, zwłaszcza wśród młodszych Węgrów. Podczas piątkowego koncertu rockowego na Placu Bohaterów w centrum Budapesztu dziesiątki tysięcy młodych ludzi zaczęło skandować „Rosjanie do domu» – to samo hasło, które skandowali ich dziadkowie, gdy żołnierze radzieccy najechali ich kraj w 1956 roku.
Chociaż wyniki niedzielnego głosowania nie są ostateczne, wydaje się, że Tisza zdobyła ponad dwie trzecie miejsc w parlamencie. Dałoby to zjednoczonym demokratom większość konstytucyjną, która pozwoli Magyarowi i jego sojusznikom przeanalizować, a następnie spróbować naprawić szkody, jakie Orbán wyrządził węgierskiej konstytucji, życiu publicznemu, instytucjom, gospodarce…
W zwycięskim przemówieniu Magyar wezwał do dymisji prezydenta, prokuratora generalnego, prezesa Trybunału Konstytucyjnego i szefów innych kluczowych instytucji. Zapowiedział powrót do europejskiego systemu prawnego. W odpowiedzi Węgrzy zebrani tłumnie na wiecu skandowali: „Europa, Europa, Europa».
Nikt nie udaje, że będzie łatwo. Fidesz po latach okopywania się w instytucjach oraz biznesie dominuje w większości urzędów i przedsiębiorstw, a przyjaciele i zwolennicy partii zrobią wszystko – nie tyle ideowo, ile by ratować własną skórę i dochody — co w ich mocy, by sabotować nowy rząd.
A poza tym Orbán pozostawia po sobie zwyczajny bałagan – zwłaszcza fiskalny. Zapewne z premedytacją.
Analityk Dalibor Rohac sądzi, że odchodzący premier z radością podrzuca finansowe kukułcze jaja, już planując powrót: „Pozostawienie opozycji z ekonomicznymi konsekwencjami ostatnich 16 lat – chcieliście władzy, to radźcie sobie — ułatwi Orbánowi powrót do władzy w przyszłości». Trudno się dziwić, że część opozycji wciąż spodziewa się brudnych sztuczek w nadchodzących dniach i tygodniach, zanim Orbán formalnie przekaże władzę.
Ale niezależnie od tego, co będzie dalej, te wybory stanowią prawdziwy punkt zwrotny. Dla większości europejskich rządów ich wynik jest ulgą: nie wiemy jeszcze, jaki rząd stworzy Tisza i jak on sobie poradzi – ale z pewnością nie będzie to rząd działający jako marionetka Moskwy i jawna piąta kolumna w Unii Europejskiej, blokujący unijne fundusze dla Ukrainy lub europejskie sankcje wobec Rosji.
Nie będzie to również reżim mogący posłużyć za wzór tym Amerykanom czy Europejczykom, którzy chcą przejąć kontrolę nad swoimi państwami, rozmontować własne mechanizmy kontroli i równowagi lub narzucić współobywatelom własne nieliberalne ideologie.
Różnej maści podpalacze stracili ważny punkt odniesienia, wzór do naśladowania i dostarczyciela know-how. A wszystko to dostali liberalni demokraci.
redagował Marek Markowski
© 2026 The Atlantic Media Co., as first published in «The Atlantic». All rights reserved. Distributed by Tribune Content Agency.
Artykuł powstał w ramach projektu The Eastern Frontier Initiative (TEFI). TEFI to porozumienie niezależnych wydawców z Europy Środkowej i Wschodniej, którego celem jest wspieranie wspólnego myślenia i współpracy w kwestiach bezpieczeństwa w regionie. Projekt ma także promować wymianę wiedzy w prasie europejskiej i przyczyniać się do wzmacniania europejskiej demokracji.
Członkami konsorcjum są: 444 (Węgry), Gazeta Wyborcza (Polska), SME (Słowacja), PressOne (Rumunia), Delfi (Litwa, Łotwa, Estonia) i portal śledczy Bellingcat.
Projekt TEFI jest współfinansowany przez Unię Europejską. Wyrażone poglądy i opinie są jedynie opiniami autora lub autorów, i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy Unii Europejskiej lub Europejskiej Agencji Wykonawczej ds. Edukacji i Kultury (EACEA). Unia Europejska ani EACEA nie ponoszą za nie odpowiedzialności.
Amerykańsko-polska dziennikarka, pisarka specjalizująca się w historii komunistycznej i postkomunistycznej Europy.
