Nie tak miało być… W piątek niewielu uwierzyło, że mogą mieć miejsce jakieś zamieszki, jakieś rewolucyjne wydarzenia, ale w miarę napływających informacji zaczęliśmy je śledzić jednym okiem. W sobotę rano obudziliśmy się już szybko i natychmiast przetarliśmy oczy. Myślę, że około południa wszyscy już czuliśmy, że ten weekend będzie wyglądał inaczej. A tu świetna pogoda, czekają grill, kawa i chłodne piwo. Co wybrać? Spokój i początek lata, czy jednak śledzenie rewolucji?
Oczywiście «ważne wydarzenia» zawsze zdarzają się w piątki lub weekendy — to już jakby tradycja w zawodzie dziennikarza. Około godziny 17 uruchomiliśmy ten specjalny biuletyn, a przed 20 Prigożyn porozumiał się z Łukaszenką. No halo, nie tak miało być!
Jedna refleksja — trudno opisywać rzeczywistość, nie będąc na miejscu. A jeszcze trudniej, gdy propaganda miesza się w to wszystko. Próbujemy szybko interpretować, łącząc «OSINT» (informacje z otwartych źródeł) trochę z własną wyobraźnią — ponieważ nie mamy żadnych wiarygodnych źródeł informacji. Trochę jakbyśmy spoglądali przez dziurkę od klucza. Widzimy tylko fragment, nie całość. Cieszmy się zatem, że my jeszcze mamy media. No dobrze, spróbujmy to uporządkować.
Co się właściwie stało?
Czy to była szopka, inscenizacja? Czy jednak to się działo naprawdę, a nagły koniec i brak wieczornej «bitwy o Moskwę», jak sugerowali niektórzy, po prostu wywołał pewne rozczarowanie? Przecież każdy kolejny dzień trwającego puczu dawał większe szanse Ukrainie oraz powodował większy chaos w Rosji.
Kluczowe są tutaj dwa wydarzenia. Poranne wystąpienie Putina, w którym bezpośrednio oskarża «puczystów» o zbrodnie, oraz chwila później odpowiedź Grupy Wagnera na kanale Telegram, mówiąca: «Wkrótce będziemy mieli nowego prezydenta». Szczególnie ta druga wypowiedź zasługuje na zauważanie — dotychczas Prigożyn atakował głównie dowództwo oraz tych bezpośrednio odpowiedzialnych za decyzje wojskowe w Ukrainie. Putin nie był przez niego atakowany. Stąd wiele sugestii mówiło, że de facto Putin wykorzystuje Prigożyna do przeprowadzenia czystek na czele armii i zrzucenia na nich odpowiedzialności za niepowodzenia na Ukrainie. Rosyjska propaganda miałaby wtedy wiele materiału do grania przez dłuższy czas, a Putin ponownie stałby się tym «dobrym».
Te dwa komunikaty oraz «zajęcie», a raczej bezproblemowe wkroczenie do Rostowa nad Donem, wzmocniły wrażenie puczu.
Dziwności
Od Rostowa zaczynają dziać się dalsze dziwne rzeczy — czyli rajd na Moskwę. Postępuje to, nomen omen, bardzo szybko. Doszło do «rozejmu», gdy wynikało z mediów społecznościowych, że członkowie Wagnera są tylko dwie godziny drogi od Moskwy. Sama stolica Rosji przygotowywała się już do ataku, mieszkańcy otrzymali dzień wolny oraz nakaz pozostania w domach. Rosgwardia rozstawiała się na drogach wjazdowych, a wszyscy przygotowywali popcorn na wieczór.
To jest chyba najważniejsze pytanie — dlaczego członkowie Wagnera przemieszczali się tak szybko? Owszem, były próby ich ostrzelania po drodze, ale poniesione straty były minimalne. Z drugiej strony, regularne wojsko straciło śmigłowce, a w internecie mogliśmy także oglądać zestrzelenie rosyjskiego samolotu transportowego.
Właściwa interpretacja tego, dlaczego wszystko tak wyglądało, jest kluczowa dla zrozumienia wczorajszych wydarzeń. Niestety, mamy więcej pytań niż odpowiedzi. Musimy dać czas tym drugim na pojawienie się. A o co pytamy? Czy członkowie Wagnera mieli wsparcie? Czy to było ukartowane? A może lata budowania mitu Wagnera jako potężnej grupy wojskowej sprawiły, że milicjantom średnio chciało się stawać z nimi w szranki?
I co z tą Białorusią?
Tego się chyba nikt nie spodziewał. Wieczorem dostaliśmy absolutny plot twist w wykonaniu Aleksandra Łukaszenki, który pojawił się jako wielki wybawca. Totalne «save the day», dla Putina. Doszli do porozumienia. Marsz został przerwany. Możemy się rozejść.
I to wszystko, gdy wszyscy już wierzyli, że to naprawdę się dzieje. Ech.
Jak pisze Gazeta.pl: «Mimo porannych zapowiedzi Putina, rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow przekazał agencji TASS, że postępowanie karne przeciwko Jewgienijowi Prigożynowi zostanie umorzone. Ta informacja pojawiła się około godziny 22.»
Jak to możliwe? Całą noc i dzień nawołujemy do przerwania zamachu stanu, mówimy o zdradzie i bratobójstwie, sam Putin to potwierdza, a wieczorem nagle «Hej, Jewgienij, nic się nie stało»?
Skutki uboczne
Szukamy odpowiedzi na pytania zaczynające się od dlaczego? Niemniej ważne jednak, że wydarzenia zawsze mają swoje konsekwencje, a nas interesują zwłaszcza te niezamierzone, których nie sposób przewidzieć.
Zalecamy zachowanie ostrożności przy wydawaniu osądów na temat osłabienia Putina lub początku jego końca. Wkraczamy tutaj w sferę spekulacji, gdyż nie znamy szczegółów zarówno całego dnia, jak i ostatecznego porozumienia. Teraz możemy jedynie szczerze napisać — może osłabł, może nie. Jest jeszcze za wcześnie, aby udzielić odpowiedzi. Jednakże skutki uboczne mają to do siebie, że wcześniej czy później się manifestują.
Zwróćmy uwagę na coś innego — Pułk Kalinowskiego, czyli ochotnicze białoruskie oddziały na Ukrainie, przypomniał o sobie. Chodzi o wolną Białoruś, a nie reżimową. Kilka minut po godzinie 16 ogłoszono odezwę wzywającą do gotowości i przygotowania się do samoobrony.
Białoruska opozycja zniknęła z naszych medialnych radarów od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji na Ukrainę. W samej Białorusi nadal przebywa wiele rosyjskich wojsk, a sytuacja społeczna jest bardzo trudna.
Nadchodzące dni jednak ponownie przyciągną uwagę do Białorusi, tej reżimowej, ponieważ to tam Prigożyn ma spędzić najbliższe dni i tygodnie. Jest to jeden z warunków porozumienia. Dlaczego właśnie tam? I co to oznacza dla samego Łukaszenki? To temat, który będzie poruszany w kolejnych newsletterach.
Pytania, na które jeszcze odpowiemy
Co dalej? Finalne obrazki, które dotarły z Rostowa to Prigożyn oraz Wagnerowcy opuszczający miasto. Prigożyn wymieniający uściski ze zgromadzonymi, uśmiechnięty, pozujący do selfiaków… Nie kusimy się o ich interpretację, ale… czekamy na te skutki uboczne.
Outriders gazeta.pl
