Polacy i Ukraińcy powinni się stuknąć w czoło – nigdy jeszcze miedzy oboma krajami nie było tak wielkiej szansy na dobre relacje. A że Ukraińcy walczą z Rosja, Polacy powinni się stuknąć dwa razy. Za siebie i sąsiadów.
Z rozrzewnieniem wspominam nieodległy czas, gdy stosunki polsko-ukraińskie wydawały się dobre, a na pewno zapowiadały się na jeszcze lepsze. Tak było po pomarańczowej rewolucji, która wybuchła na Ukrainie w listopadzie 2004 roku, gdy próbowano wbrew wyborcom w fotelu prezydenta tego kraju posadzić prorosyjskiego Wiktora Janukowycza. Polacy poparli Ukrainę bez żadnych „ale”. Wtedy Ukraińcy jedynie protestowali. Minęło 20 lat, Ukraińcy dziś walczą o swoją niepodległość, warunki wydają się w obliczu wojny sprzyjać wzrostowi sympatii i solidarności zarówno na poziomie rządów, jak i zwykłych ludzi. A jednak jest gorzej. Dlaczego?
Nigdy przecież w historii sąsiedztwa polsko-ukraińskiego nie było tak klarownej sytuacji. Granica obu państw nie jest kwestionowana, my jesteśmy w Unii Europejskiej, do której chcą się dostać Ukraińcy. Polska ma silną gospodarkę, jest w NATO, a Ukraińcy walczą z państwem, którego Polska od stuleci obawiała się najbardziej.
Walczący z Rosją Ukraińcy oraz ci żyjący i pracujący w Polsce są żywym dowodem na to, że nasz, czyli europejski, model życia jest ich marzeniem. To ziszczenie się snów: Józefa Piłsudskiego, Jerzego Giedroycia, Włodzimierza Bączkowskiego, Jacka Kuronia i wielu innych żyjących Polaków, którzy chcą współpracy z Ukrainą nie tylko z powodu romantycznych sentymentów, ale też dlatego, że taki jest interes Polski.
Polacy okazali Ukraińcom w 2022 roku niebywałą solidarność. To się nie powinno zdarzyć w kraju tak wewnętrznie skłóconym, podzielonym, zwaśnionym — a jednak wyszło. Dziś sondaże pokazują spadek sympatii dla Ukraińców. Denerwują nas, bo się tu panoszą. Czy ktoś jednak policzył, ile Polska zarabia na byciu państwem przyfrontowym?
Bądźmy szczerzy albo cyniczni — ta wojna oznacza dla nas wiele korzyści, w tym gospodarczych i politycznych. Nasz eksport i nasze inwestycje w Ukrainie rosną. Obecnie wymiana handlowa między naszymi krajami jest trzykrptnie
Ukrainy. Zarabiamy na tej wojnie, potrzebujemy też Ukraińców w Polsce — nie zabierają nam pracy, ale napędzają naszą gospodarkę.
A jednak ludzie o mentalności cinkciarzy zarówno w Kijowie, jak i w Warszawie psują stosunki polsko-ukraińskie. Trwa wojna, giną ludzie, ważą się losy kontynentu, a Polska i Ukraina kłócą się o sprawy sprzed 80 lat — o pomnik i ekshumacje. Ważne, bolesne, ale przecież niedecydujące o naszej przyszłości. Prof. Grzegorz Motyka w jednej ze swych wypowiedzi na ten temat ubolewał, że obie strony, motywowane patriotycznym wzmożeniem, weszły w rosyjską prowokację jak w masło.
Józef Piłsudski, który zawarł z Ukraińcami Symona Petlury sojusz, ale wycofał się z niego po zawarciu pokoju z bolszewikami, powiedział ukraińskim żołnierzom, którzy zostali na lodzie: „Panowie, ja was bardzo przepraszam”. Dziś wszystkim tym, którzy po obu stronach granicy psują współpracę polsko- -ukraińską, należałoby powiedzieć: „Panowie, my was bardzo pier…my”.
Dokładnie 20 lat temu w Ukrainie wybuchła pomarańczowa rewolucja. Różnie można oceniać jej bezpośrednie skutki. Rewolucja, jak to ma w zwyczaju, zjadła swoje dzieci. Jej liderzy się pokłócili, skompromitowali, do władzy doszedł Wiktor Janukowycz, czyli ten, przeciwko któremu Ukraińcy wyszli na Majdan. A jednak wtedy ukraińskie społeczeństwo dało jasny sygnał, że chce do Europy, uruchomione zostały procesy, które dały o sobie znać w latach 2013- 2014, gdy Ukraińcy wzięli rozbrat z Rosją.
Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski w 2004 roky nie zadawał zbędnych pytań, ale wsiadł w samolot i poleciał do Kijowa, by pomóc Ukraińcom zawrzeć porozumienie i być może ustrzec się przed rozlewem krwi. Kwaśniewski — były polski komunista — pomógł Ukraińcom opowiedzieć się za demokracją. Polacy mogli być wtedy dumni z prezydenta i z siebie samych. To był jeden z jaśniejszych punktów naszej współczesnej historii. •
Andrzej Brzeziecki — historyk, dziennikarz, publicysta
gazeta.pl
