Skąd się wzięło ormiańskie miasteczko w sercu Karpat?
Na 29 sierpnia 2024, czwartek, prognozy przewidywały deszcz całodzienny. Szliśmy (we trzech) na północ grzbietem wschodnich Karpat rumuńskich i doszliśmy właśnie w okolice pięknego wąwozu Bicaz, którym biegnie malownicza szosa z Mołdawii do Siedmiogrodu, w poprzek gór. Chcieliśmy wędrować dalej ku Górom Kelimeńskim, lecz nikomu się nie uśmiechało maszerować w deszczu z plecakiem przez cały dzień. Postanowiliśmy przeczekać.
Lokalnym autobusem zjechaliśmy jakieś 20 km na zachód i kilkaset metrów w dół, do miasteczka. Rzut oka — nic specjalnego. Zniszczone domki, na słupach plątaniny obwisłych kabli; stare, nierówne płyty chodnikowe.
Na ścianie tabliczka: „Telefon — 500 m” i strzałka. Nikt jej jakoś nie zdjął od czasu, kiedy straciła sens w wyniku rozpowszechnienia komórek.
Byliśmy w prowincji Hargita, zamieszkanej w większości przez Szeklerów, prawie dwumilionową ludność węgierską o splątanej przeszłości (o której innym razem). Nie dziwi więc, że miejscowość jest głównie węgierska. Po węgiersku nazywa się Gyergyószentmiklós, po rumuńsku Gheorgheni, po niemiecku Niklasmarkt. Zwiedzamy.
Niedaleko rynku kościół barokowy, ładny, ale dość typowy, pod wezwaniem św. Mikołaja, patrona miasteczka. W samym zaś rynku mały kościółek z wieżą. Przed nim popiersie Gabora Bethlena, księcia Siedmiogrodu. Wszystko jasne; to czołowy przedstawiciel węgierskiego kalwinizmu. Kruchta XIX-wieczna, nawa główna zaś rozbudowana już po upadku komunizmu, świadectwo żywotności wspólnoty kalwińskiej.
Idziemy dalej, gapiąc się na mapy w komórkach. Oto duży nowy gmach wspólnoty baptystów. Niedaleko — międzywojenna synagoga, zamknięta, ale zadbana. Opodal — nowa cerkiew prawosławna.
I najciekawsze — malowniczy barokowy kościół ormiańsko-katolicki otoczony murem obronnym z basztami (foto). Na wysokiej wieży inskrypcje ormiańskie, ale na tablicy ogłoszeń wszystko po węgiersku.
We wrześniu będą jakieś uroczystości religijne — czyli społeczność żyje. Wewnątrz ładny, prowincjonalny barok, prawie taki, jak w kościołach rzymskokatolickich. Nie zgadłbym, że jestem w kościele obrządku wschodniego.
Trafiamy jeszcze na małą świątynię unitariańską przerobioną ze zwykłego domu za pieniądze —
czytam na tablicy — unitarian z Ameryki. Razem — siedem świątyń siedmiu wyznań.
Wszystkie nazwy ulic dwujęzyczne; rumuńskie i węgierskie; te ostatnie zarówno alfabetem łacińskim, jak i — zaskoczenie — runami. Szeklerzy w średniowieczu używali czasem własnego alfabetu runicznego, który ostatnio podlega zabiegom reanimacji. Pomnik Petőfiego (żołnierz i poeta, adiutant generała Józefa Bema w 1848 roku) — jak w każdym węgierskim miasteczku. Wielki gmach gimnazjum — późna secesja albo wczesny modernizm, plus minus 1910 rok. Na potężnym kamiennym portalu stary węgierski napis: „Królewsko-Węgierskie Gimnazjum Państwowe”. Na tympanonie — historyczny herb Węgier na tarczy trzymanej przez dwóch aniołów. Jednak Rumunia jest państwem liberalnym — myślę.
Po powrocie do domu zacząłem szukać. Przewodniki z początku XX wieku piszą: miasto niemal w całości ormiańskie. Skąd się wzięło ormiańskie miasteczko w sercu Siedmiogrodu? Ormianie przybyli tu z Mołdawii w 1672 roku przez wąwóz Bicaz. Ci, którzy przechodzili przez inne przełęcze, osiedlili się w innych miasteczkach, z których głównym była Gherla, siedziba biskupstwa ormiańsko-katolickiego.
A jak ormiańskie miasteczko przemieniło się w miasteczko siedmiu wiar? Szeklerzy byli tu „od zawsze”, Żydzi napływali od połowy XIX wieku, Rumuni po przyłączeniu tych ziem do Rumunii w wyniku I wojny światowej. Baptyści są zapewne nowi, unita- rianie za to mają w Siedmiogrodzie tradycję prawie 500-letnią. Ormianie się zmadziaryzowa- li w ciągu XX wieku. Żydów żyło tu przed Zagładą około 600, spis z 2002 roku wykazywał zaś siedem osób wyznających religię żydowską.
W 2021 roku miasto miało ok. 16 tys. mieszkańców, z tego ok. 67 proc. katolików, ponad 7 proc. kalwinistów, 6 proc. prawosławnych, garstkę innych. Jest więc bardziej jednolite, niż wygląda na pierwszy rzut oka, a siedem świątyń w szeklerskim miasteczku pozostaje dla mnie zagadką.
Wróciliśmy autostopem w góry i o szóstej wieczór wyruszyliśmy dalej na północ; przed nocą zdążyliśmy jeszcze przejść parę kilometrów. Wbrew prognozom deszcz nie spadł. ®
Maciej Janowski
- historyk, zajmuje się dziejami Polski i Europy w XIX w.
gazeta.pl
