
Waldemar Kumór: 120 lat temu, 6 lutego 1905 r., urodził się Władysław Gomułka, komunista, I sekretarz PZPR. Poznałeś go? (Władysław Gomułka przemawia na wojewódzkiej konferencji Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Katowicach w 1967 roku (Fot. PAP/Zbigniew Matuszewski / PAP/CAF)
Adam Michnik: Nie.
To fascynujące, że ktoś, kto rozumiał, o co chodzi w kryzysie kubańskim czy konflikcie ZSRR — Chiny, nie dostrzegał, o co chodzi Polakom, którymi rządził.
Żałujesz?
— Żałuję, że nie powstała o nim pełna naukowa biografia. Bo to jedna z najciekawszych postaci w historii Polski, nie tylko PRL. Andrzej Werblan, jego współpracownik, napisał wprawdzie „Władysław Gomułka: sekretarz generalny PPR», ale to ujmuje wydarzenia do roku 1948. Potem były publikowane m.in. rozmowy z nim czy reportaże.
87Piotr Lipiński napisał książkę „Gomułka. Władzy nie oddamy» (Czarne).
— Ale to książka reporterska, bardzo ciekawa, ale reporterska, a nie naukowa — na podstawie archiwów i m.in. historii mówionej pełna biografia. Podobnie jak nie powstała taka pełna biografia Bolesława Bieruta, czy kardynała Stefana Wyszyńskiego.
Ubolewam, że nam te postaci jakoś umknęły i właściwie dziś nie ma chętnego, by się kompleksowo Gomułką zająć. Pytałem Werblana, dlaczego nie napisał pełnej biografii. Mówi, że nie mógł napisać, bo się z nim potem zaprzyjaźnił, dobrze poznał, byłby zapewne więc bezkrytyczny.
Przekonaj mnie, że jest bardzo ważny.
— Po pierwsze, mam pełną świadomość, że okrył się hańbą w 1968 roku i jest odpowiedzialny za strzelanie do robotników w 1970 roku. Wrócimy jeszcze do tego.
Mimo to — i właściwie dlatego — to był ciekawy człowiek. Nie mieści się w żadnej szufladzie; on wystaje z tych nawet dobrze wyrzeźbionych szuflad. Nie pasuje. On mnie interesował od zawsze.
I ty mówisz, że on cię „interesował»?! Nie byłeś wściekły na niego? Miałeś 16 lat, działałeś w Klubie Poszukiwaczy Sprzeczności, gdy w lipcu 1963 r. Gomułka wymienił cię – z nazwiska! – i ostrzegał przed tobą aktyw partyjny; że jesteś wrogiem ludu. A w 1968 roku wsadził do więzienia.
— No, byłem, byłem, ale powtarzam: on mnie interesował. Na początku jako człowiek, wobec którego miałem stosunek bardzo, bardzo krytyczny, bo rozbudził nadzieje w 1956 roku, jako symbol odejścia od stalinizmu, a on szybko od nich odszedł. Wtedy, gdy mnie wymieniał z nazwiska, byłem bardzo młodym, ideowym, zbuntowanym marksistą…
…a Jacek Kuroń, gdy ci mówił z nieukrywaną zazdrością i szacunkiem, że Gomułka wymienił cię po nazwisku, miałeś mu powiedzieć, żeby nie zawracał ci głowy, bo masz poprawkę z fizyki.
— …on mnie interesował, bo był kompletnie inny niż towarzysze I sekretarze z bratnich krajów, taki Todor Żiwkow w Bułgarii czy Erich Honecker w NRD, inny niż Bolesław Bierut. Ci byli posłuszni wobec wszystkiego, czego chciał ZSRR.
omułka nie był takim książkowym kominternowskim bolszewikiem. Wprawdzie należał do Komunistycznej Partii Polski, ale tam żadnej kariery nie zrobił ani nie odgrywał znaczącej roli. Był oddelegowany do pracy w związku zawodowym.
Gdyby odgrywał, toby pewnie czystek stalinowskich nie przeżył w latach 30.
— Pewnie tak, ale niektórzy przeżyli. Gomułka, po pierwsze, był politykiem plebejskim, a nie inteligentem. Uwiódł go komunizm. Rozumiał robotników, ich realne problemy i myślenie, bo był z nimi blisko na co dzień. Wybrał komunizm, bo nie zgadzał się na to, co się działo w Polsce międzywojennej, a komunizm miał na to odpowiedzi. Nie tworzył idei, nie pisał ulotek, nie występował na wiecach, działał w związkach zawodowych.
Nie rozumiał, dlaczego w sierpniu 1938 roku Komintern na rozkaz Stalina rozwiązał KPP — partię, której on się poświęcił. Dla niego to był szok. Potem opowiadał, że był kompletnie bezradny, ale się nie buntował, zastanawiał się, co by zrobił Lenin.
Polscy komuniści byli kompletnie pogubieni, oczywiście poza tymi, którzy byli agentami sowieckimi. Nie bardzo wiedzieli, co robić. Tłumaczyli sobie decyzje Stalina na sto sposobów, każdy głupszy od drugiego.
Gdy wybuchła wojna, znalazł się we Lwowie. A gdy Niemcy napadły na Związek Radziecki, nie uciekł z Armią Czerwoną w głąb Rosji, ale wrócił do Generalnej Guberni.
Wtedy już — zdaje się — nie był taki bezradny. Napisał dokument programowy „O co walczymy».
— No tak, to już była kompletnie inna sytuacja. Jest 1943 rok, powstała Polska Partia Robotnicza. Gomułka włączył się w jej prace, znalazł się w podziemnym kierownictwie, były pierwsze problemy z Kominternem.
To znaczy?
— Znalazł się w PPR bez pełnej aprobaty i wiedzy Moskwy. Zginęli wówczas Marceli Nowotko i Bolesław Mołojec (zabili ich agenci NKWD najpewniej).
Miał wprawdzie świadomość, że po wojnie karty będzie rozdawał Związek Sowiecki, ale – mówiąc w skrócie – Polska jego zdaniem w ramach współpracy miała zachować podmiotowość, a nie być ślepo posłuszna Moskwie. Dlatego Bierut wysłał słynny telegram do Stalina, w którym ostrzegał przed Gomułką, że to niepewny towarzysz.
Gdy wojna się skończyła, Gomułka — zdaje się — był w kompletnym szoku, że Polska dostała tzw. ziemie zachodnie. Oczekiwał, że przypadnie jej może Górny Śląsk, może Gdańsk i trochę Prus Wschodnich. Ale Wrocław? Szczecin? Wykluczał. Stąd do końca jego kariery politycznej w 1970 roku bał się i troszczył o to, żeby Polska te ziemie miała na zawsze, by świat i Niemcy uznali granicę zachodnią. Obawiał się, że Niemcy będą chcieli je nam odebrać.
Stąd jego obsesja antyniemiecka? Zrozumiała nawet, bo pamięć o wojnie wciąż była świeża, ludzie się bali, że znów wybuchnie.
— Tak, pamięć o wojnie była silna. Niedługo po niej w PPR-owskiej prasie ukazał się artykuł Gomułki, w którym polemizował on ze stanowiskiem komunistycznej partii Niemiec wschodnich. Obiecywała, że tylko ona jest w stanie załatwić u Stalina, że Szczecin i Wrocław staną się niemieckie.
Gomułka napisał niezwykle ostrą polemikę. Niektórzy towarzysze w Polsce uznali, że to przykład „prawicowego odchylenia», świadectwo nacjonalizmu Gomułki, potwierdzenie tego, przed czym ostrzegał Bierut. W „Nowych Drogach» zaatakował go Edward Ochab, prominentny wówczas działacz PPR. Stwierdził, że Gomułka, czyli towarzysz „Wiesław», ma poglądy nacjonalistyczne, a nie internacjonalistyczne.
To też dowód na to, że Gomułka był inny, osobny. Już w czasie wojny próbował skupić wokół siebie nie tylko komunistów. Nie udało mu się, ale trochę takie socjalistyczne myślenie przejawiał. Oczywiście nie takie jak ludzie z PPS w typie Adama Ciołkosza czy Kazimierza Pużaka.
Gdybym miał go z kimś zestawić, to z Josifem Broz-Titą, który lepił Jugosławię z różnorodnych narodów; był mocno nieufny wobec Moskwy. Myśleli więc podobnie.
Stalin okazał się czujny i wymienił w końcu Gomułkę na Bieruta.
— W 1948 r. Gomułka podejmował jakieś swoje gry, zapewniał o lojalności, ale przegrał. Czytałem jego tzw. samokrytyki. Nie pomogły.
A dlaczego właściwie Bierut nie zorganizował mu pokazówki, nie oskarżył, że jest agentem Zachodu, i nie kazał zabić? Spotykało to przecież niepokornych towarzyszy w innych krajach.
— To pytanie stawiało wielu: jakim cudem przeżył? Do końca nie wiadomo dlaczego. Bo były za słabe dowody? Bo nie zdążyli? Najpierw w kolejce byli Jakub Berman i Hilary Minc. Potem kosmopolici, czyli Żydzi. A potem umarli Bierut i Stalin.
Gomułka dwa lata siedział uwięziony w domu w Miedzeszynie pod Warszawą. On na górze, a w piwnicy jego żona. Ani razu się nie widzieli. Filmowa scena.
— To mnie akurat nie zadziwia. W tym sensie, że to w sumie łagodniejsza kara niż posłanie żony Mołotowa do łagru. A Mołotow to najbliższy współpracownik Stalina! To był system, który łączył mentalność religijnej sekty i bandyckiego gangu – dwa w jednym.
Gomułka był z innej bajki – ani nie był fanatykiem, ani zwyczajnym bandytą. Miał w życiu czarne karty, można nawet powiedzieć — bandyckie. Kazał strzelać do robotników. No i to, co się działo w Marcu ’68. Mimo wszystko myślał o Polsce, że może zniszczyć ją anarchia, że szlacheckie liberum veto zniszczyło Polskę i dlatego na lata zniknęła z mapy świata. Takie — powtórzę — plebejskie myślenie jest ważne w jego życiorysie.
Wynikające z kompleksów wobec inteligentów? Jest takie opowiadanie Mariana Brandysa „Twardy człowiek» (wyszło w podziemiu w latach 80. bez zgody autora). Gomułka trafia do więzienia, w celi intelektualiści Żydzi szydzą z niego, z jego słabego wykształcenia, traktują go z wyższością. On skończył tylko parę klas w szkole ludowej. Gomułka „wyniósł z tamtej celi dwa ciężkie urazy: przeciw Żydom i przeciw intelektualistom».
— Trochę taki był, Brandys tak go sobie wyobraził, ale to fikcja literacka.
Uważam, że on się przede wszystkim bał Związku Radzieckiego; bał się, że bunt młodzieży, robotników czy intelektualistów zawiedzionych, że nie ma swobód demokratycznych, że schodzi z drogi październikowej odwilży, doprowadzi do chaosu. A także do inwazji sowieckiej na Polskę i skończy się krwawo jak w Czechosłowacji w 1968 roku. Doskonale też pamiętał powstanie i koniec odwilży na Węgrzech w 1956 r. Śmiertelnie bał się Rosji.
Te jego samokrytyki, które złożył Sowietom, wyglądały miękko, mniej więcej tak: „Tak macie rację, ale u mnie nie ma prawicowego odchylenia. Ja nie doceniłem zagrożenia, jakie niesie dla naszego systemu Tito. Tak, przyznaję, byłem bardzo ostrożny w sprawie kolektywizacji».
Znów wychodzi z niego plebejskość, bo doskonale znał Polaków – wiedział, że nie da się u nas tak po prostu kołchozów zakładać. Nie ustąpił i nigdy — także, gdy już nie rządził — nie było u nas kołchozów, a na Węgrzech i Czechosłowacji były. Poza tym postępował ostrożnie z Kościołem – można go krytykować, nawet ostro, aresztować nawet obraz Matki Boskiej z okazji tysiąclecia chrztu Polski, ale żeby kardynała Wyszyńskiego do więzienia wsadzać? No nie, przecież to katolicki kraj, cudów nie ma, nie da się tego zwalczyć — uważał.
No i – myślał – trzeba ostrożnie z kwestią narodową. Bo Gomułka z punktu widzenia kominternowców był nacjonalistą. Ale z pewnością nie był żadnym nacjonalistą. On po prostu dbał o polski interes narodowy, tak jak go rozumiał. Wykłócał się o wywożone przez Rosjan całe zakłady przemysłowe; a kominternowcy – Bierut i Berman – uważali, że wszystko powinno należeć do Związku Radzieckiego. Jego opór był według nich dowodem na nacjonalizm Gomułki. Jego i Władysława Bieńkowskiego, też ważnego komunisty po wojnie. Bieńkowski nie był żadnym nacjonalistą, znałem go dobrze, świetny socjolog, do 1959 roku minister edukacji, potem wspierał i działał w opozycji demokratycznej.
Czyli Gomułka, tak jak Bieńkowski, nigdy nie był ortodoksyjnym bolszewikiem. Nie walczył z rolnikami, nie zwalczał religii w szkole. Uważał, że tego chce naród i to trzeba uszanować.
Ta plebejskość Gomułki to też jego antysemityzm?
— Nie był antysemitą. On zdawał sobie sprawę z tego, jakie skutki może przynieść wykorzystywanie antysemityzmu w Polsce. Przekonał się o tym dramatycznie w 1968 r. Był w głębokim sporze z kominternowcami, a tam sporo było działaczy pochodzenia żydowskiego. Oni w tyle głowy mieli, że Polska ma być kolejną republiką radziecką, a Gomułka nie. Uważał, że Polska ma być państwem prosowieckim, ale niepodległym. Ponoć prosił też towarzyszy, by NKWD zrezygnowało z pokazowego tzw. procesu szesnastu, czyli przywódców Polskiego Państwa Podziemnego z czerwca 1945 r. W 1948 roku na kongresie zjednoczeniowym PPR z PPS. Na plenum mówił wtedy, że towarzysze muszą przyjąć, że PPS miał rację w sprawie narodowej niepodległości Polski.
I tego mu nie darowali, bo niepodległość PPS-u oznaczała dla nich antysowieckość. On tego tak nie czuł, bo przecież był plebejski, nie studiował pism Róży Luksemburg, nie znał się na tych wszystkich doktrynach. Uważał, że niepodległość po prostu trzeba pielęgnować i wspierać, w ramach systemu radzieckiego oczywiście.
On nie znał się kompletnie na dialektyce, a nasi kominternowcy w Moskwie przechodzili szkolenia m.in. o czterech prawach dialektyki. Gomułki to kompletnie nie obchodziło. On mówił, że nie zna się na „tym antysemityzmie», nie trzeba o nim mówić, bo po co.
W końcu wyniosła go do władzy w 1956 r. tak zwana partia żydowska, czyli puławianie, w tym m.in. Roman Zambrowski, którzy chcieli skończyć ze stalinizmem i go rozliczyć.
Z drugiej strony Gomułka nigdy nie potępił pogromu kieleckiego, w przemówieniach nigdy nie padło słowo «Żydzi». Uważał, że aparat partyjny należy „spolszczyć», ale tu nie chodziło o antysemityzm, tylko o taki gomułkowski pragmatyzm, bo wiedział, jak można antysemityzm wykorzystywać.
Po śmierci Stalina świetnie lawirował w konflikcie ZSRR – Chiny. Rozumiał skomplikowaną sytuację, opowiedział się po stronie ZSRR, a nie Mao, choć Chiny go poparły, gdy zostawał I sekretarzem w 1956 r. Świetnie rozumiał też tzw. kryzys kubański i napięcie między USA a ZSRR. Wykazywał się lojalnością wobec Rosjan. I tu paradoks oraz moje zdziwienie: jak taki człowiek, który rozumiał złożoność i konsekwencje światowych konfliktów, nie był w stanie zrozumieć tego, co się dzieje w jego własnym kraju?
ozumiał konflikt chińsko-radziecki czy kubański. Natomiast nie rozumiał zmian, które w latach 60. zachodziły w Polsce i Polakach, i tępił je. Po co mu były awantury z intelektualistami, pisarzami, młodymi? W efekcie powstał antyrządowy List 34, a Gomułka się wściekł, że ktoś mu się sprzeciwia. Nie był w stanie odpuścić. Chciał zarządzać wszystkim – tym, jaka ma być muzyka, co ma być pisane i jak wystawiany Mickiewicz. Był natomiast dość wyrozumiały wobec katolików. Pozwolił, by powstał i działał klub poselski Znak czy inne organizacje społeczne świeckich katolików. Zresztą wybitny człowiek, poseł Znaku Jerzy Zawieyski uważał – przed rokiem 1968 – że jest dwóch wybitnych Polaków: Wyszyński i Gomułka.
Ale listu biskupów polskich do niemieckich z listopada 1965 r. nie darował. „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie» – to mu się w głowie nie mieściło.
— To jeden z najwybitniejszych dokumentów w całej historii Polski. Gomułka go nie docenił zupełnie, zaatakował z grubej rury. Przyznam, że ja też nie doceniałem jego doniosłości, potem uświadomili mi to mądrzejsi ode mnie, m.in. Janek Lityński. Ten list spowodował początek mojego innego myślenia o roli Kościoła, ale to dopiero po latach.
Z początku wydawało się, że zwykli ludzie znów są po stronie Gomułki. Ale z czasem okazało się, że pójście na zderzenie czołowe z Kościołem się nie opłaca i z prymasem się nie wygra. A Gomułka uważał, że to on powinien mieć rząd dusz, a nie Wyszyński.
Choć były jednocześnie głosy, że Kościół zbyt słabo wsparł protestujących.
Ale nie potępił jednoznacznie rozpętanego przez partię antysemityzmu.
— Z takich samych powodów, z jakich Gomułka -— polityk plebejski, czujący lud — nie potępił pogromu kieleckiego, choć — powtórzmy — ani prymas, ani I sekretarz nie byli antysemitami.
Gomułka jednym rozkazem spowodował, że antysemickie pisanie w gazetach natychmiast się skończyło.
— Pamiętam, siedziałem w więzieniu i nagle w gazetach nie czytałem już tego ohydztwa. Gomułka w pewnym momencie zobaczył, że sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. On niedostatecznie rozumiał, że antysemityzm to jest coś, czym się nie wolno bawić. Że podpalić ognisko jest stosunkowo łatwo, ale zgasić je trudno.
Ktoś mu to zasugerował?
— On był samodzielny. Wprawdzie rozmawiał z Mieczysławem Moczarem czy najbliższym mu wtedy Zenonem Kliszką, ale decyzje podejmował samodzielnie.
W Grudniu ’70, gdy zdecydował o strzelaniu do robotników w Gdańsku — też?
— To, co wtedy zrobił, spowodowało, że szybko przestał być najważniejszy w kraju, nikt w partii nie stanął w jego obronie. W parę dni runął jego mit. I to w tym samym czasie, gdy odniósł największy w życiu sukces: wynegocjował i podpisał traktat z Niemcami zachodnimi gwarantujący nienaruszalność naszych zachodnich granic. Tu śmierć robotników i koniec jego kariery, a tu wreszcie gwarancje granic. Sytuacja paradoksalna i tragiczna.
Gomułka był w szoku – każdy bunt traktował jako zamach na niepodległość Polski, ci, którzy się buntowali, byli dla niego jak szlachta, która spowodowała, że Polska była pod zaborami. Cały czas myślał w tych kategoriach plus ten strach przed Moskwą.
Nie mogę sobie wyobrazić, że Gomułka mógł porwać tłumy i być bohaterem w 1956 r. Taki nudziarz i słaby mówca?
— Wtedy nie był nudziarzem. Był dla wielu bohaterem narodowym. Ludzie słuchali tego, co mówił, byli nim zachwyceni. «Uratuj nam Polskę!» – mówili gotowi oddawać swoje obrączki ślubne, byleby w Polsce było normalnie. Nie dopuścił, by powstały kołchozy, AK-owcy i PSL-owcy wyszli z więzień. To był nowy początek, którego symbolem stał się Gomułka.
Myślę podobnie jak Werblan, że Gomułka jest nieusuwalny z polskiej historii ze wszystkimi jego paradoksami, ze wszystkimi jego wewnętrznymi sprzecznościami, z jego jakąś wybitnością, ale i tragicznymi pomyłkami.
Wciąż pamiętam jego haniebne zachowanie w 1968 r. wobec Romana Zambrowskiego – oskarżył go o spisek i podważenie władzy PZPR. Zdradził go. Tego, któremu zawdzięczał władzę. A potem sponiewierał jego syna Antoniego w zemście za ojca, chociaż miał on niewiele wspólnego z komandosami, czyli ludźmi z mojego kręgu. Znaliśmy się, ale on niczego „wrogiego» nie organizował. Cała ta historia świadczy o mściwości Gomułki.
Plebejskość? Antyinteligenckość?
— Nie wiem, nie potrafię powiedzieć. Nie dlatego, żebym takich odczuć nie miewał, ale one mnie dołują. Staram się je odrzucać od siebie.
Miałeś większe pretensje do Gomułki czy Moczara, że siedzisz w więzieniu?
— Uważałem, że Moczar faszyzuje Polskę, a Gomułka mu na to pozwala i nie rozumie, że robienie ogólnopolskiej awantury wokół spektaklu „Dziadów» Mickiewicza, to dowód na kompletną głuchotę na kulturę polską. Że zaraz powie, jak ma się grać Chopina! Szaleństwo.
1968 to rok jego hańby, co nie zmienia faktu, że był to człowiek wybitny.
W więzieniu też byłeś taki wyrozumiały dla oprawcy?
— W więzieniu nie jest się aż tak wyrozumiałym, również wobec tych pismaków marcowych – Gontarz, Kur, Krzywobłocka z „Trybuny Ludu».
Ci, którzy znali Gomułkę — m.in. Maria Turlejska, Bieńkowski — mówili mi, że on wtedy oszalał. Wówczas przestali go szanować. On ich wszystkich powyrzucał, zmarginalizował, zostawił moczarowców, którzy go – jak opowiadał gen. Wojciech Jaruzelski — „otorbili», stale mu szeptali to, co powinien robić, umiejętnie trwali przy władzy. Zbudowali wokół niego mur, a jednocześnie Moczar nie chciał przejąć po nim władzy, chciał być drugi, ale z wpływami. I w końcu Gomułka przestraszył się skutków tego, co wyprawiał Moczar ze swoimi ludźmi – odwołał go więc ze stanowiska szefa MSW i zrobił bezzębnym szefem NIK.
Po drodze — jakoś po 1958 roku — zaczął odsuwać od siebie ludzi, którzy byli mu bliscy, pomagali mu i wspierali go.
— Zabrakło mu wyobraźni, krok po kroku degradował ludzi. Nie wiem, czy charakterologicznie, czy z innych powodów, nie chcę psychologizować.
Klasycznym hańbiącym przykładem jest sprawa Henryka Hollanda; świetną książkę napisał o tym Krzysztof Persak w 2006 r. Za wszystkim stał Gomułka, to on osobiście kazał go aresztować, a śledztwo prowadzić tak, by wykazać, że Holland, dziennikarz, był imperialistycznym szpiegiem, który zdradza tajemnice zachodnim gazetom. Gomułka, który sam siedział w więzieniu, preparował dowody na to, czego nie zrobił?! W głowie się nie mieści. W dodatku znał Hollanda, więcej – to Holland bodaj jako pierwszy publicznie, na zebraniu partyjnym w kwietniu 1956 r., stwierdził, że Gomułkę trzeba uwolnić, zrehabilitować i przyjąć do partii. Holland w tajemniczych okolicznościach popełnił samobójstwo.
Byłem wśród tłumów na jego pogrzebie w grudniu 1961 r. Widziałem tych ludzi — przyjaciół, dziennikarzy, naukowców — jak śpiewali «Międzynarodówkę». Przejmujący moment. Gomułka uznał, że ci, którzy wzięli udział w pogrzebie, są przeciwko niemu, też spiskują, a więc szkodzą Polsce.
Dziennikarz i redaktor. W latach 1991-2016 pracował w „Gazecie Wyborczej” m.in. jako wiceszef działu politycznego i szef działu kultury. W latach 2017-2022 r. naczelny magazynu „Newsweek Historia”.
gazeta.pl
