Duma ze śląskiego (Do Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego — 21 lutego)

Zaczęłam się zastanawiać, czy nas, młodych Ślązaków, w ogóle jeszcze coś ze sobą łączy, oprócz historii związanej z kopalniami czy powstaniami śląskimi. Rozmowa z Ewą Mikułą wywiad Magdalena Warchala-Kopeć

Ewa Mikuła – Ślązaczka z Mysłowic (foto), obecnie mieszkająca w Warszawie. Skończyła reżyserię teatralną na AST w Krakowie na specjalizacji dramaturg teatru i wiedzę o teatrze na UJ. Pracuje jako dramaturżka i reżyserka

Jest pani dramaturżką, zajmującą się w swojej twórczości tematem pracy, Śląska i kobiecości. Jak to się zaczęło?

Pochodzę z dość stereotypowej śląskiej, robotniczej rodziny. Mój dziadek był górnikiem, tata i brat także są górnikami, dalsi krewni również. Mama pracuje w lakierni. W naszej rodzinie zawsze obecny był etos pracy, zwłaszcza tej fizycznej, bo nawet odpoczywało się, pracując. Na przykład mama odpoczywa, pielęgnując swój ogródek, szyjąc. Jestem pierwszą osobą w rodzinie, która zajęła się profesjonalnie sztuką i teatrem. Właśnie dzięki pracy moich rodziców mogłam pozwolić sobie na wyjazd z Mysłowic na studia do Krakowa. To niezbyt daleko, więc często przyjeżdżałam do domu. I zaczęłam żyć w rozkroku pomiędzy dwoma światami. W Krakowie mówiłam po polsku, w domu używamy wyłącznie śląskiej godki. W Krakowie zajmowałam się sztuką, w domu rozmawiałam z rodzicami o przyziemnych, konkretnych sprawach, często właśnie o ich pracy. W trakcie studiów nadszedł moment, kiedy potrzebowałam zarobić na asystenturę reżyserską przy spektaklu „Krakowiacy i górale» Michała Zadary, który miał się odbyć w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Musiałam zapłacić za swoje utrzymanie w Gdyni, bo wynagrodzenie mieliśmy otrzymać po zakończeniu projektu. Dlatego szukałam pracy na wakacje. Akurat blisko mojego domu rodzinnego był zakład, w którym moja mama pracowała jako sprzątaczka, a tata przez pewien czas dorabiał po szychcie jako lakiernik proszkowy. Zarekomendowali mnie szefowi, założyłam flanelową koszulę mojej mamy i zaczęłam sprzątać, gumkować, ściągać maszyny do malowania.

To była ciężka fizyczna praca?

Mnie relaksowała. Studiując, czy w ogóle zajmując się sztuką, człowiek cały czas rozmyśla, jest w ciągłym procesie. W tej pracy mogłam zająć się czymś konkretnym, dać głowie odpocząć. Poza tym, dzięki temu, że robiłam to, co moi rodzice, lepiej ich zrozumiałam. Dużo rozmawiałam też z innymi pracownikami, co pozwoliło mi spojrzeć na pracę ich oczami. Dla nich samych też byłam ciekawą osobą: studentka wiedzy o teatrze i reżyserii stała się jedną z nich, ludzi pracy. Mówili: „Napisz o nas sztukę». Pomyślałam: „Czemu nie?». Zaczęłam wieczorami rozmawiać z rodzicami, dopytywać ich: „Na czym dokładnie polega twoja praca?», „Co robisz w pracy?». I tak sobie rozmawialiśmy o górnictwie, o lakierowaniu, o sprzątaniu, o szyciu, o uprawie ogródka, a ja wszystko nagrywałam. Potem razem z moim kolegą dramaturgiem Piotrkiem Froniem złożyliśmy to w całość. Tak powstał tekst „Praca, praca», w którym w metaforyczny sposób pokonujemy drogę z Mysłowic do Krakowa. Tekst jest bardzo proletariacki. Zależało mi jednak, aby praca nie była w nim przedstawiona jako uciemiężenie, tylko jako pewna rzeczywistość, ważny element życia. W 2020 roku nasz tekst został wydany w miesięczniku „Dialog». O zakwalifikowaniu go do druku dowiedziałam się w kolejne wakacje, pracując w tej samej lakierni, na nocnej zmianie. Potem zaprezentowaliśmy „Pracę, pracę» w czytaniu performatywnym podczas Forum Młodej Reżyserii. Bohaterowie naszego tekstu są Ślązakami i mówią po śląsku, bo to język, w którym rozmawiam z rodzicami. Ten motyw nie był jednak wówczas jeszcze w centrum mojej uwagi.

Tematem mniejszości etnicznych zainteresowała się pani później. Ale nie zaczęła pani od Śląska, tylko od zagranicy.

Niektórzy artyści opowiadają o poczuciu, że są coś winni swojej tożsamości, że muszą tworzyć na ten temat. Ja nie miałam planów, że będę zajmować się Śląskiem. On do mnie przyszedł okrężną drogą. Jeszcze w czasie studiów robiliśmy w Teatrze Śląskim w Katowicach powarsztatową wystawę „Zróbmy sobie miejsce». To były moje pierwsze próby namierzania tego, czym jest śląskość dla współczesnych młodych Ślązaków. Ale później zostawiłam ten temat. Dwa lata temu, jako jedna z kilkunastu osób spośród pół tysiąca kandydatów, zakwalifikowałam się do międzynarodowego programu Future Laboratory. Zaczęłam prowadzić artystyczne badania nad mniejszościami etnicznymi i językami mniejszości. Na pierwszą rezydencję artystyczną pojechałam do Rumunii, gdzie w Piatra Neamt, miejscowości położonej blisko granicy z Młodawią, prowadziłam badania wśród romskiej mniejszości etnicznej. Skupiałam się na muzyce jako na nośniku tradycji. To było dla mnie jedno z najbardziej wzruszających spotkań. Udało nam się nawiązać z miejscowymi nić porozumienia nie jako Polka i obywatele Rumunii, ale jako członkowie mniejszości etnicznych: Ślązaczka i Romowie. Kolejnym punktem mojej podróży był Luksemburg, w którym funkcjonują aż trzy języki urzędowe: francuski, niemiecki i luksemburski. Ten ostatni do niedawna był uważany za dialekt języka niemieckiego, trochę tak jak śląski, który oficjalnie wciąż jest uważany za dialekt polskiego, pomimo podejmowanych od lat przez Ślązaków prób przyznania mu statusu języka regionalnego. Frapowało mnie, co się staje z językiem, który nagle otrzymuje oficjalny status języka mniejszości. Okazuje się, że można redagować w nim pisma urzędowe, młodzież uczy się go w szkołach, nawet imigranci mają lekcje tego języka, bo jego znajomość jest wymagana do uzyskania obywatelstwa. Rozmawiałam z dyrektorem Instytutu Języka Luksemburskiego, który otrzymuje środki na tworzenie słownika luksemburskiego i badania tego języka, także jego wariantów. Język luksemburski, podobnie jak śląski, posiada bowiem wiele wariantów. W kontekście śląskiego ta różnorodność podnoszona jest jako zarzut. Mówi się, że uniemożliwia ona skodyfikowane języka. Dyrektor Instytutu Języka Luksemburskiego uważa jednak, że to bardzo dobrze, że język jest różnorodny, a strefy wpływów jego różnych dialektów przenikają się. Jeśli jednak chodzi oficjalną urzędową korespondencję, to w Luksemburgu francuski pozostał językiem dominującym.

Podobnie jest w przypadku sztuki wysokiej. Miałam okazję porozmawiać o tym z luksemburskimi artystami, raperami, filmowcami. Artyści mówili mi, że czasami nie opłaca się tworzyć w języku luksemburskim, bo ze względu na bliskość Francji i Niemiec sztuka w językach tamtych krajów automatycznie zyskuje dużo większą publiczność. Za to zauważyli, że luksemburski jest językiem sztuki popularnej i jest lubiany przez młodzież, która używa go nie tylko w rozmowach, ale też np. pisząc do siebie na czatach. Mam nadzieję, że w przypadku śląskiego stanie się kiedyś podobnie.

O tym, jak wiele zmienia nadanie językowi oficjalnego statusu, przekonałam się, porównując luksemburski do alzackiego, który takiego statusu nie ma. Lokalizacją mojej trzeciej rezydencji był bowiem Strasburg. Dialekt alzacki, którym posługują się przedstawiciele tutejszej mniejszości, niestety, wymiera, ponieważ połączenie językowe pomiędzy starszym a młodszym pokoleniem zostało w dużej mierze zerwane. Natomiast istnieje wciąż żywa tradycja teatru w języku alzackim, którą kultywuje ponad dwieście amatorskich grup teatralnych. Głównymi stawianymi przeze mnie pytaniami są te, jak współcześni reprezentanci mniejszości etnicznych w Europie radzą sobie z różnymi zjawiskami, które ich dotyczą, jak lokalność i tradycja wpływają na Europę i co byłoby, gdyby nie patrzeć na Europę jak na wspólnotę państw, ale na wspólnotę małych ojczyzn. W listopadzie zaplanowano podsumowanie projektu w Théâtres de la Ville de Luxembourg, gdzie będę miała swój performans.

 

Była pani też ostatnio w Seulu. Tam również bada pani mniejszości?

Pracuję jako dramaturżka przy spektaklu „Łabędzie», czyli „Swan» w reżyserii mojego kolegi choreografa Tobiasza Berga. To angielskojęzyczna odsłona spektaklu, który powstał w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Bardzo się cieszę, bo od ponad trzech lat mam okazję uczyć się języka koreańskiego i moim wielkim marzeniem było znaleźć się tutaj i poużywać go trochę. Przysłuchuję się oczywiście akcentom. W Korei jest dużo dialektów, w zależności od regionu, które nazywają satoori. Zatem nadstawiam ucho, choć jestem w Seulu, więc akurat tutaj słychać przede wszystkim oficjalną odmianę języka.

Najnowszy projekt poświęciła pani Ślązaczkom.

Podczas moich rezydencji artystycznych odkryłam duże podobieństwo między mniejszościami, z którymi się spotykałam, a Ślązakami. Ale o podjęciu przeze mnie tematu śląskości zadecydowało coś jeszcze. Jakiś czas po przeprowadzce do Warszawy zauważyłam, że gdy jadę tramwajem i rozmawiam z mamą przez telefon, automatycznie ściszam głos i zaczynam ścinać zdania. Zaczęłam zastanawiać się, dlaczego właściwie tak robię. Wówczas namierzyłam pewien swój wstyd, ukrytą obawę, że ktoś coś sobie o mnie pomyśli, na przykład że jestem gorsza. Uznałam, że coś jest bardzo nie tak, skoro realizowałam projekty o mniejszościach, czuję się dumna z mojego języka, używam go na co dzień, ale mimo wszystko w innym kontekście dopada mnie wstyd. Wstyd, który w dodatku nie został mi zaszczepiony w domu, bo rodzice nigdy nie mówili mi, gdzie wypada, a gdzie nie wypada mówić po śląsku. Dodatkowo zaczęłam zdawać sobie sprawę, że coraz mniej mówię po śląsku. W domu używanie tego języka jest dla mnie naturalne. Ale wśród znajomych już niekoniecznie, nawet jeśli wiem, że są Ślązakami. Zaczęłam się wówczas zastanawiać, czy nas, młodych Ślązaków, w ogóle jeszcze coś ze sobą łączy, oprócz historii związanej z kopalniami czy powstaniami śląskimi. Przecież nie chodzimy w strojach ludowych, nie podkreślamy swojej śląskości w żaden szczególny sposób. Pomyślałam wówczas o języku jako o potencjalnym współczesnym spoiwie. Zafrapował mnie zwłaszcza temat śląskich kobiet. Temat Śląska jest kojarzony bowiem przede wszystkim z męską energią i męską narracją. Oczywiście, istnieje klisza śląskiego matriarchatu, kobiety, która silną ręką trzyma rodzinę, dom, ale zastanawiałam się, na ile to jest jeszcze prawda.

Zaczęłam zastanawiać się, co to znaczy być kobietą ze Śląska i jak wyraża się kobiecość przez język. Zebrałam zatem grupę aktorek i innych artystek mniej więcej w moim wieku, z którymi zaczęłam rozmawiać na ten temat w ramach warsztatów Teatru na Faktach w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu. W pewnym momencie Kuba Tabisz, który prowadzi te warsztaty, zapytał mnie, czemu nie rozmawiam o języku śląskim po śląsku. Zdałam sobie sprawę z absurdu tej sytuacji. Uzmysłowiłam sobie, że jeśli z kimś nie zapoznaję się w języku śląskim, mam opory, aby zacząć z nim rozmawiać w tym języku. Może dlatego, że Śląsk jest niejednolity, a nasze doświadczenia języka śląskiego się bardzo różnią? Bywa, że w różnych miejscowościach, nawet sąsiednich, mówi się inaczej, poszczególne słowa mają inne znaczenie. Do tego dochodzą różnice wynikające z indywidualnych życiowych doświadczeń. Dla części osób śląski to język dziadków, bo rodzice już go nie używają. Dla innych to już tylko pojedyncze słowa czy nawet sam akcent. Zwracając się do obcych mi osób po śląsku, nie znając ich doświadczeń w tym względzie, nie chciałam ich w pewien sposób wykluczać. Niestety, mam wrażenie, że zbyt często Ślązak strofuje innego Ślązaka: „Mówisz nie tak, jak się powinno». Dlatego zaczęłam pytać artystki pochodzące ze Śląska o ich doświadczenie języka śląskiego od samego początku. Czy identyfikowały u siebie związany z jego używaniem wstyd? Czy mają jakieś ulubione słowa? Czy czują siłę związaną ze znajomością tego języka? Cały proces odbywał się dwutorowo: sprawdzałam, co to znaczy śląskość w języku, ale też odważyłam się przełamywać i budować wspólnotę rozmówczyń w języku śląskim. Zebrałam materiał, który stanowi intymny wielogłos młodych Ślązaczek oraz moją osobistą historię dochodzenia do tematu używania języka śląskiego publicznie. Wydaje mi się to interesującym kontekstem do działań w Sejmie i obecnej debaty o tym, czy śląski powinien zyskać status języka mniejszości etnicznej, a sami Ślązacy i Ślązaczki powinni być za taką mniejszość uznani. W efekcie powstał tekst dramaturgiczny, będący zapisem naszych rozmów, zatytułowany „Toć», czyli w wolnym tłumaczeniu „prawda», „tak jest».\

Po zakończeniu pracy nad nim zapytałam mamę, na ile ona sama świadomie postanowiła posługiwać się językiem śląskim i przekazać mi go. Jej doświadczenie, jej duma ze śląskiego, bardzo mnie zbudowały. Tekst był już dwa razy czytany we Wrocławiu podczas festiwalu Teatr na Faktach, a teraz rozwijam go jeszcze o swoje doświadczenia. Udało mi się dostać dofinansowanie z Narodowego Centrum Kultury na spektakl, który miał premierę 3 października w Kompleksie Sztygarka w Chorzowie. Bardzo zależy mi na tym temacie, bo jest w nim jakaś trudna do opisania siła. Osoby, z którymi pracuję, też mówiły, że to dla nich ważne i tożsamościowe przedsięwzięcie.

Wspaniałe i autentyczne jest też to, że na próbach rozmawiałyśmy po śląsku. Zwykle w teatrze nie ma takiej możliwości. To jest niesamowicie wyzwalające, zwłaszcza że większość aktorek pochodzi ze Śląska, ale już tu nie mieszka. Cieszę się, że w ramach grantu EtnoPolska możemy zagrać „Toć» w kilku domach kultury na Śląsku, ale mam też nadzieję, że uda się pokazać spektakl w większych miastach: we Wrocławiu, w Warszawie. Cieszę się, że wychodzę na zewnątrz z czymś, co dotąd było przeznaczone dla sfery domowej, intymnej, że odzyskuję mój kobiecy głos i śląską tożsamość dla przestrzeni publicznej. Dawniej kobiety na Śląsku rządziły w domach, ale na zewnątrz rodzinę reprezentował mąż. Teraz kobiety wychodzą z domów, mają możliwość decydowania nie tylko o sobie, ale też o przestrzeni publicznej, działania na rzecz swoich lokalnych społeczności.

Kim jest zatem współczesna Ślązaczka?

Siłą. Ciekawością. Bezpośredniością. Czułością. Kimś, kogo nie da się określić słowami. To ciekawe, że robię spektakl o języku, a odnoszę wrażenie, że słowa czasami kapitulują. Ślązaczki to kobiety, które się nie boją wychodzić na zewnątrz i rozmawiać. Są w tym bezpretensjonalne. Jeśli mają rzeczy do zrobienia, to je robią. Wydaje mi się, że tak jak wiele jest śląskich kobiet, tyle samo może być definicji ich kobiecości i śląskości. Dlatego bardzo nie chciałabym tego dookreślać. Ślązakom i Ślązaczkom przypięto już za dużo łatek, stereotypów, z którymi musimy się mierzyć. Ze względu na to, że język śląski jest taki silny, trochę chłopski, trochę robotniczy, trudno być atrakcyjną, zwiewną i powabną, mówiąc po śląsku. Wspomniała o tym jedna z moich rozmówczyń. Gdy podczas wyjazdu, w którym brały udział osoby z innego miasta, mówiła po śląsku, miała poczucie, że faceci inaczej na nią spoglądają. Dlaczego? To pokłosie stereotypów, że język śląski jest taki do walki, do grubiaństwa, a nie do miłości.Redagowała Paulina Reiter

https://www.wysokieobcasy.pl

 

Поделиться новостью в социальных сетях:

Добавить комментарий

Ваш e-mail не будет опубликован. Обязательные поля помечены *