
Jej poglądy na niepodległość sprowadza się do karykatury — jakby chciała przyłączyć Polskę do ZSRR. A przecież pierwszy raz została skazana za obronę polskości — mówi Weronika Kostyrko, autorka książki «Róża Luksemburg. Domem moim jest cały świat».
Waldemar Kumór: Rozmawiamy mniej niż 50 metrów od miejsca, gdzie mieszkała w Warszawie rodzina Róży Luksemburg. Dowiedziałem się o tym z twojej książki.
Weronika Kostyrko: Przed wojną Złota 16. Tu po wojnie, tuż przed Pałacem Kultury, stała przez niemal cały PRL kamienna trybuna, przed którą odbywały się defilady pierwszomajowe, tu w 1956 roku przemawiał Władysław Gomułka.
Fundamenty kamienicy na rogu Złotej i Zielnej zobaczyłam, dopiero gdy rozkopano teren wokół Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Ale to nie ja odkryłam, gdzie w Warszawie mieszkała rodzina Róży po przeprowadzce z Zamościa. Ustalili to w ostatnich latach Holger Politt z niemieckiej fundacji imienia Róży Luksemburg oraz polski historyk Krzysztof Pilawski. W archiwach warszawskich i zamojskich odnaleźli więcej adresów, zrekonstruowali losy wielu przodków i krewnych. Obalili przy tym kilka mitów. Biografie opublikowane wcześniej należałoby właściwie napisać od nowa.
Luksemburgowie – co to była za rodzina?
– Spolonizowana, żydowska. Z rodziny matki Róży pochodziło kilku znakomitych rabinów; ona też była bardzo religijna. I jak na tamte czasy dobrze wykształcona – uwielbiała niemiecką i polską literaturę.
Rodzina ojca to z kolei kupcy i przedsiębiorcy, bodaj wszyscy majętni z wyjątkiem ojca Róży – jemu jakoś nie szło w interesach, dlatego m.in. wyprowadził się z Zamościa. W Warszawie też mu się zdarzało zastawiać obrusy w lombardzie.
Edward Luxenburg od czasów młodości interesował się haskalą, czyli żydowskim oświeceniem. Zwolennikom haskali chodziło o to, by – zachowując religię – Żydzi przyjęli języki i obyczaje krajów, w których mieszkają. W takich domach mówiło się po polsku, dzieci miały polskie imiona. Uczono je nauk ścisłych, filozofii i języków obcych.
Sformułowana w Niemczech haskala na ziemiach polskich nigdy nie stała się tak popularna jak chasydyzm. Nie była nurtem religijno-filozoficznym, tylko programem społecznej modernizacji. Jej ideę dość celnie i krótko ujął poeta Jehuda Lejb Gordon: „Bądź Żydem w domu, a człowiekiem na ulicy».
Jakim dzieckiem była Róża?
– Bardzo inteligentnym i wrażliwym. Myślę, że na jej osobowość mocno wpłynęło to, że przez cały rok – gdy miała pięć-sześć lat – leżała unieruchomiona w gipsie z powodu choroby stawu biodrowego. A ponieważ źle ją wtedy leczono, kulała do końca życia.
W chorobie zaczęła czytać i pisać wiersze. Uczyła ją matka – ta uduchowiona kobieta poświęcała jej mnóstwo czasu, także na czytanie polskiej literatury.
Brat Józef wspominał, że gdy Róża zaczęła chorować, tata kupił jej kanarka, a ona ułożyła wierszyk na jego powitanie. A potem, po roku, ułożyła elegię na jego śmierć: 30-wersowy tren!
Pod koniec życia Róża Luksemburg napisała gorzko, że jej matka „była tylko po to na świecie, by napychać wiecznie głodne gęby męża i dzieci». A przecież najmłodsza córka była jej oczkiem w głowie, to z nią spędzała najwięcej czasu na lekturach i rozmowach.
– Róża napisała to ze współczuciem do matki i z pretensją do ojca, który był niezaradny i na dodatek kapryśny. To matka zajmowała się prowadzeniem domu z piątką dzieci, w którym nie brakowało książek, ale zawsze brakowało pieniędzy.
Mówisz i piszesz o niej: Róża. Zakumplowałabyś się z nią w szkole?
– O niej trudno myśleć inaczej, tak była żywa i bezpośrednia. W jej państwowym gimnazjum dla dziewcząt był straszny rygor, dzieci poddawano intensywnej rusyfikacji. Uczennice karano za używanie języka polskiego nawet na przerwach.
Chodziły tam: Rosjanki, Polki i Żydówki, i właśnie Żydówki traktowano najgorzej. Nauczyciele wręcz tępili samodzielne myślenie. Znalazłam wspomnienie jej koleżanki Jadzi Sikorskiej o tym, jak dostały do rozwiązania zadanie matematyczne, które zaliczyć można było tylko według określonego wzoru. Róża rozwiązała je szybciej niż inni, w dodatku po swojemu. Nauczyciel ją za to ukarał. Na koniec gimnazjum Róża nie dostała wyróżnienia i medalu, choć miała znakomite oceny. Myślę, że kulejąca uczennica z ubogiej żydowskiej rodziny, która w tak opresyjnej sytuacji miała odwagę artykułować własne poglądy, na pewno by mi imponowała. I próbowałabym się z nią zaprzyjaźnić.
I dlatego napisałaś o niej książkę? U nas na hasło „Róża Luksemburg» otwiera się szuflada: komunistka-Żydówka, która nie chciała niepodległej Polski.
– Nie można w Polsce powiedzieć nic gorszego, prawda? Róża przez całe życie szła własną drogą; była niepokorna i niewygodna pod każdym względem. A doszła naprawdę daleko – na szczyty ówczesnej polityki europejskiej, jej gorącego tygla, jakim była wówczas niemiecka socjaldemokracja. I to mnie zaintrygowało.
W języku niemieckim jest określenie, które dobrze oddaje, kim ona była: Querdenker, czyli osoba myśląca w poprzek. Taka, która nie idzie z prądem, na każdy temat ma własne zdanie. Lubię o sobie myśleć, że jestem trochę podobna.
„Gazeta Robotnicza» związana z Polską Partią Socjalistyczną pisała tak: „Polska Żydóweczka z moskofilską duszą, a zatem wrogą polskości, a panienka dość sprytna literacko, przeto i z kół socjalistów znalazły się osoby, które zaczęły ją ubóstwiać». Albo: „Panna Róża Luksemburg znana ze swego warcholenia w socjalistycznym ruchu polskim».
– „Żydóweczka» i „panienka», tak o niej mówiono i pisano, a jeszcze, że „pyskata», „histeryczna» i „swarliwa niewiasta». Seksistowskie i antysemickie epitety towarzyszyły jej stale. Nie tylko w Polsce – wtedy w całej Europie kobiety w polityce były absolutną rzadkością, a antysemityzm był praktycznie na porządku dziennym, żeby tylko wspomnieć sprawę Dreyfusa. Język polemik prasowych był naprawdę ostry.
Jakoś reagowała?
– Zasadniczo uważała, że to poniżej jej godności. Że nie będzie się zniżała do takich argumentów. Ale rzeczywiście miała ostry język i umiała go użyć. Była doskonałą polemistką na piśmie i na żywo, i to w kilku europejskich językach.
Jej inteligencja powodowała, że faceci się jej bali, i stąd te prymitywne teksty?
– Gdy po raz pierwszy błyskotliwie przemówiła w Zurychu na kongresie Drugiej Międzynarodówki w 1893 roku, gazety odnotowały, w jakim kolorze jest jej sukienka, a nie o czym mówi i jakich używa argumentów. Weszła na krzesło – miała wtedy zaledwie 22 lata! – i śmiało przemówiła do kilkuset delegatów z kilkunastu krajów, w tym do Engelsa i Plechanowa.
Ona zresztą nie dzieliła ludzi na kobiety i mężczyzn. Sama żyła tak, jakby nie była kobietą: utrzymywała się z pracy intelektualnej, na forum Międzynarodówki prowokowała wielkie debaty teoretyczne i polityczne. A przecież nigdzie w Europie kobiety nie miały wówczas prawa głosu w wyborach parlamentarnych, nie mogły nawet należeć do legalnej partii politycznej, kandydować na stanowiska. Tymczasem Róża w pełni korzystała z wolności, jaką dawała jej pozycja outsiderki: mogła swobodnie wypowiadać poglądy niepopularne, iść pod prąd.
A czy Róża potrafiła też czarować swoich adwersarzy, korzystając z tego, że jest kobietą?
– To można prześledzić na przykładzie późniejszego premiera Belgii, socjaldemokraty Camille’a Huysmansa. Ona z rozbawieniem wspominała to tak: „Przez dziesięć lat należeliśmy oboje do Biura Międzynarodówki i przez dziesięć lat się nienawidziliśmy, o ile moje gołębie serce potrafi kogoś nienawidzić. Dlaczego – trudno powiedzieć.
Myślę, że on nie znosi aktywnych politycznie kobiet, mnie z kolei drażniła jego impertynencka mina.
Otóż zdarzyło się na ostatniej sesji w Brukseli, że pod koniec na kilka godzin zostaliśmy sami. Siedziałam akurat w eleganckiej restauracji, zapatrzona w bukiet gladioli na stoliku, puszczając mimo uszu gadanie o polityce. W końcu rozmowa zeszła na mój wyjazd, co odsłoniło przed nim moją bezradność w przyziemnych sprawach, moją wieczną tęsknotę za kimś, kto wykupi mi bilet, wsadzi do właściwego wagonu, znajdzie moje zgubione rękawiczki (…). Huysmans przyglądał mi się długo w milczeniu i w ciągu jednej godziny dziesięcioletnia nienawiść zmieniła się w gorącą przyjaźń. To było śmieszne, jak on wreszcie zobaczył mnie słabą i od razu był w swoim żywiole. (…) Naturalnie odprowadził mnie do pociągu, sam taszczył mój bagaż, usiadł nawet w przedziale, mówiąc, że nie mogę jechać sama, jakbym naprawdę była niemowlęciem. Chciał mnie dowieźć choćby do niemieckiej granicy, ledwie mu to wyperswadowałam. Wyskoczył, jak pociąg już ruszał, i jeszcze krzyknął: „Au revoir à Paris!».
Czym się naraziła działaczom PPS?
– Nie stawiała polskiej niepodległości ponad rewolucją społeczną, jak to robiła PPS. Wierzyła w rewolucję światową. Uważała, że celem ruchu robotniczego nie może być walka o państwo polskie, bo problemy robotników można rozwiązać tylko w skali międzynarodowej, że nie da się tego zrobić w granicach żadnego państwa narodowego. Była tak samo przeciwna dążeniom niepodległościowym Irlandczyków, Czechów, Finów, Ukraińców czy Białorusinów, nie wspominając o narodach bałkańskich. Odrzucała również syjonizm, który uważała za kolejny nacjonalizm. A nacjonalizmy prowadzą do wojny.
Jej poglądy na niepodległość sprowadza się do karykatury – jakby chciała przyłączyć Polskę do ZSRR. Mało kto pamięta, że ona była w zasadniczym sporze z Leninem o wolność polityczną i demokrację.
Dlatego Róża Luksemburg nie ma dziś w Polsce przyjaciół po żadnej stronie sceny politycznej poza nadal bardzo nieliczną nową lewicą. Jest wyklęta na prawicy – to oczywiste, ale u liberalnej inteligencji też; im bliżej ideowo do Piłsudskiego i tradycji PPS. Wciąż traktuje się Różę jako zdrajczynię polskości.
Masz mocny przykład, że tak nie było? I nie chodzi mi o to, że lubiła czytać „Pana Tadeusza»…
– Mało kto wie, że ona po raz pierwszy została skazana nie za socjalizm, ale za obronę polskości. Sąd niemiecki skazał ją w 1901 roku na grzywnę za to, że ostro skrytykowała pruskiego ministra oświaty za germanizację polskich dzieci we Wrześni. Po tym wyroku dalej angażowała się w obronę polskości na forum międzynarodowym.
I nie można lekceważyć tego, że naprawdę uwielbiała polską literaturę, a Mickiewicza szczególnie. Przy czym wcale nie próbowała doszukiwać się u niego zaczątków socjalizmu. Uważała po prostu, że on należy do dziedzictwa klasy pracującej jako „największe uosobienie polskiej kultury narodowej». Każdy kontakt z żywym językiem polskim mocno przeżywała. Agitując dla SPD na Śląsku, pisała w listach, że słysząc polską mowę, czuje się „jak odrodzona», jakby „znowu znalazła grunt pod nogami». Jej zdaniem w społeczeństwie przyszłości Polacy zasługiwali na szczególną autonomię właśnie ze względu na bogatą tradycję kulturalną.
Chciała dać Polakom więcej autonomii niż innym narodowościom?
– Więcej niż na przykład: Litwinom, Żydom, Słowakom czy Ukraińcom. Lenin się śmiał z Róży Luksemburg, że tak wyjątkowo traktuje Polaków. Nie chodziło jej tylko o ochronę języka i kultury polskiej. Ta szczególna autonomia miała gwarantować, że „sprawy dotyczące specjalnie naszego kraju załatwiane były przez ludność naszego kraju za pomocą własnych urzędników i swojego sejmu krajowego, obieranego przez całą dorosłą ludność kraju drogą powszechnych, równych, tajnych i bezpośrednich wyborów». Narodowy samorząd miał kontrolować politykę gospodarczą w rolnictwie, górnictwie, transporcie i leśnictwie, miał też organizować szkolnictwo i ochronę zdrowia. Narodowy sejm miał nadzorować polskie sądy.
Na Zachodzie rozpowszechniony jest pogląd, że Luksemburg właściwie nie miała tożsamości narodowej. Też tak uważasz?
– Róża większość życia spędziła w Szwajcarii i w Niemczech. W listach do przyjaciół zdarzało jej się o Niemcach napisać protekcjonalnie „moje niemiaszki», o Rosjanach „moskale», a o Żydach nawet „żydłacy».
Ale gdy w artykułach dla prasy niemieckiej pisała „nasz język», „nasza narodowość» „nasza literatura», to miała na myśli zawsze: polski język, polską narodowość, literaturę polską.
Hannah Arendt uważała, że podczas studiów w Zurychu Różę uformowało kosmopolityczne środowisko żydowskich emigrantów z Imperium Rosyjskiego. Sama zawsze osobna Arendt podkreślała jej osobność: „Róża Luksemburg była outsiderką nie tylko dlatego, że była polską Żydówką w kraju, którego nie lubiła [Niemcy], i w partii [SPD], którą wkrótce zaczęła pogardzać, ale także dlatego, że była kobietą». Ale ja myślę, że Róża tak by o sobie nie napisała. Nie chciała się zamykać w żadnym tożsamościowym getcie.
Hannah Arendt uważała, że kto jest atakowany jako Żyd, powinien się bronić jako Żyd. Róża wolała te ataki ignorować?
– Nie wytrzymała tak naprawdę w 1910 roku, gdy zaatakował ją Andrzej Niemojewski. Wcześniej związany z PPS Niemojewski po 1905 roku zaangażował się publicystycznie w „odżydzenie polskiego socjalizmu». Przekonywał, że zaangażowanie Luksemburg w niemiecki ruch socjalistyczny działa na szkodę polskich interesów narodowych. Używał przy tym brutalnie antysemickiego języka, na co Róża odpowiedziała w końcu artykułem zatytułowanym „Po pogromie».
Wezwała w nim lewicę do odrzucenia kategorii ras i narodów, bo „na świecie są dziś w istocie tylko dwa narody – wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych».
Zmobilizowała też kilkunastu przywódców Międzynarodówki do podpisania listu otwartego przeciwko lewicowym rzecznikom tego rzekomo „postępowego antysemityzmu».
No to jeszcze jeden stereotyp: Róża Luksemburg zrobiła karierę dzięki facetom i ich pieniądzom. Przykład: jej związek z rewolucjonistą Leonem Jogichesem.
– Bez żartów. Ona karierę polityczną zrobiła wbrew niemu, musiała ostro walczyć o siebie w tym związku. Leon to była jej pierwsza miłość, która trwała aż 15 lat. To prawda, że pochodził z bogatej rodziny żydowskiej, ale wcześnie zaangażował się w socjalizm. Poszukiwany za działalność rewolucyjną musiał uciekać z rodzinnego Wilna. Znamienne i ciekawe, że był rówieśnikiem Józefa Piłsudskiego, chodzili do tego samego gimnazjum, ich drogi przecięły się także w ruchu socjalistycznym przy okazji nieudanego zamachu na cara.
Róża poznała Leona w Zurychu jako studentka nauk przyrodniczych. Po roku przenieśli się oboje na prawo i ekonomię i założyli razem socjalistyczną gazetę.
On był bystry i oczytany, zorientowany w sprawach politycznych, ale miał blokadę pisarską, a Róża umiała pisać biegle w czterech językach, więc się uzupełniali.
Z początku ona ustalała z nim dokładnie, o czym napisze i jakich użyje argumentów. Z czasem nabrała pewności, nie chciała korzystać z uwag Leona. On się o to strasznie wściekał, na jego autorytarny charakter skarżyli się zresztą wszyscy współpracownicy.
Po przeprowadzce do Berlina Róża została wziętą dziennikarką. Tylko w Niemczech ukazywało się wtedy kilkadziesiąt gazet o profilu socjalistycznym, a jej teksty bywały także drukowane w prasie innych krajów. Mogła się więc utrzymać z pisania samodzielnie jako jedna z pierwszych kobiet w Europie.
W Berlinie znalazła mieszkanie w tak zwanej dobrej dzielnicy. Nie chciała zamieszkać z robotnikami, o których przyszłość walczyła.
– Ona nie była społecznicą, tylko intelektualistką, teoretyczką marksizmu. W listach pisała, że do pracy potrzebna jest jej cisza i zieleń, wygodny fotel do czytania i kojący widok z okna. Że nie może mieszkać w dzielnicy proletariackiej, bo tam jest niezdrowe powietrze. To jakieś pęknięcie w jej wizerunku, ale takie niejednoznaczności są dla mnie ciekawe. Lubiła przemawiać do robotników, sama na Śląsku rozdawała ulotki. A potem wypoczywała w alpejskich wioskach. Żyła po mieszczańsku.
Na czym polegał jej talent retoryczny?
– Pisała z pasją, obrazowo, ale konkretnie i precyzyjnie. Umiała do każdego odbiorcy dobierać właściwe argumenty i odpowiedni język. Wiemy o tym, bo zachowało się mnóstwo jej listów, tylko do Leona ponad 900. A o tym, że Róża świetnie przemawiała, świadczą relacje prasy niemieckiej. Zupełnie inaczej mówiła na kongresie Międzynarodówki, a inaczej do robotników na Śląsku.
Zachowany w poznańskich archiwach raport policyjny pozwala zrozumieć, na czym polegał jej talent wiecowy. Ona koncentrowała się na jednym temacie. Przytaczała liczby i fakty, ale tak, żeby nie zanudzić słuchających. Tłumaczyła jasno i prosto, dlaczego rosną ceny żywności – że winne są cła. I że trzeba posłać do parlamentu takich ludzi, którzy się o te cła zatroszczą. Nie było w tym demagogii, ale były emocje, bo w opowieść o taryfach celnych potrafiła wpleść cytat z wiersza Heinego.
Czy ona spotkała się kiedyś osobiście z Józefem Piłsudskim?
– W Londynie na zjeździe Międzynarodówki w 1896 roku on reprezentował PPS, ona – SDKPiL. Piłsudski pisał wówczas w listach protekcjonalnie o „ogródku luksemburskim». Starli się wtedy ostro o rezolucję w sprawie niepodległości Polski. Co ciekawe, ani jednej wzmianki o Róży nie ma w podstawowej dziś biografii Marszałka pióra Andrzeja Garlickiego liczącej niemal 1000 stron.
W październiku 1918 roku oboje zostali tego samego dnia zwolnieni z niemieckich więzień. Róża utknęła na 24 godziny we Wrocławiu, bo w ogarniętym rewolucją kraju nie działała kolej. Gdyby nie to, musieliby wpaść na siebie w zrewoltowanym centrum Berlina, po którego ulicach oprowadzali wtedy Piłsudskiego niemieccy dyplomaci.
Przekonaj mnie jeszcze, że nie była – jak uważał prof. Leszek Kołakowski – „doktrynalną marksistką».
– Róża Luksemburg twórczo rozwinęła – a zdaniem Hannah Arendt nawet przekroczyła – myśl Marksa w swoim najważniejszym dziele teoretycznym „Akumulacja Kapitału». Jako pierwsza ekonomistka w historii ujmowała kapitalizm jako system globalny, który czerpie siły żywotne z niekapitalistycznych peryferii. Jako pierwsza opisała też wzajemne sprzężenie kapitalizmu, imperializmu i militaryzmu. To ona pierwsza stwierdziła, że rządy mogą regulować koniunkturę przez zamówienia zbrojeniowe. A największym błędem w teorii Marksa było to, że nie docenił roli państwa w niwelowaniu sprzeczności systemu kapitalistycznego.
W Polsce nie ma dzisiaj śladu po Róży Luksemburg. Żadnej ulicy, żadnego pomnika*.
– Jest jedna uliczka na osiedlu w Gliwicach i jedna tablica na kamienicy w Poznaniu. Ale może lepiej głośno o tym nie mówić? Kilka lat temu skuto tablicę pamiątkową w Zamościu, gdzie się urodziła.
Zapisz na później
Była tam ulica Róży Luksemburg, to ją przemianowano na Peowiaków, czyli członków Polskiej Organizacji Wojskowej założonej w 1914 roku przez jej rywala Piłsudskiego. Tam, gdzie skuto tablicę, na świeżym tynku ktoś uparcie pisze kredą: „Różę pamiętamy». Zapewniam, nie ja to robię.
Weronika Kostyrko – wieloletnia dziennikarką „Gazety Wyborczej» (od 1991 roku), pierwsza naczelna „Wysokich Obcasów» (1999-2005); w latach 2012-16 kierowała serwisem Culture.pl; autorka książki „Tancerka i zagłada. Historia Poli Nireńskiej» (2019).
Róża Luksemburg. Domem moim jest cały świat
Weronika Kostyrko
Wydawnictwo Marginesy
Waldemar Kumór Gazeta Wyborcza
*Ulica Róży Luksemburg w Kijowie – była nazwa ul. Lipskiej w Kijowie w latach 1919-1993
