Kolejny rok z list bestsellerów nie schodzą «Chłopki: opowieść o naszych babkach». Z niemal wszystkich stron książki autorstwa Joanny Kuciel-Frydryszak uderza przeraźliwa wręcz bieda: niedożywienie, brak butów, a w konsekwencji często i brak edukacji. Można odnieść wrażenie, że ludzie byli pozostawieni sami sobie. Gdzie w tym wszystkim było państwo?
Około 5–6 mln z ponad 30 mln obywateli – i to według bardzo ostrożnych szacunków – żyło w międzywojennej Polsce w biedzie. Tak wyliczył wybitny badacz tamtych czasów, historyk prof. Janusz Żarnowski.
Z kolei ówczesne Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej przeliczyło na złotówki, ile pieniędzy poszczególne państwa europejskie wydawały na opiekę społeczną. Mamy rok 1934. Anglicy: 101 zł w przeliczeniu na mieszkańca, Niemcy 60 zł, Francuzi 36, Czechosłowacja 12 i – uwaga – Polska: 2,6 zł.
Kraj, w którym żyły nasze babcie i prababcie, był bardzo biedny. Dodatkowo w 1918 roku, gdy odzyskiwał niepodległość, zabezpieczeń socjalnych nie było praktycznie żadnych: nie było emerytur, nie było ubezpieczeń zdrowotnych.
W «Chłopkach» pojawia się wypowiedź, że krowa ma się lepiej niż człowiek, bo kiedy jest chora, przyjeżdża do niej weterynarz. Ale nie rozmawiamy przecież tylko o wsi. Nędzarzy spotkać można było również w miastach.
Połowę społeczeństwa stanowili chłopi. Robotnicy – kolejne 30 proc. Biednych bądź ubogich można było spotkać w obu tych grupach.
Bardzo cennym źródłem wiedzy o tamtych czasach są pamiętniki bezrobotnych, które na konkurs organizowany przez Instytut Gospodarstwa Społecznego, w którym można było wygrać trochę pieniędzy, nadsyłali obywatele. Robotnik niewykwalifikowany z Sosnowca w latach 30. XX wieku pisał tak: «Doczekałem się żyć w trudnych czasach. Dzieci wołają: Tatusiu! Jeść nam się chce! Daj nam chleba! A ja biedny i bezrobotny dokładam wszystkich sił swoich i nie mogę dać im wszystkiego co im się należy. Poszedłem do magistratu myśląc sobie: może tam roboty dostanę albo co. A tam bezrobotnych aż ćma! Wszystko kurczy się z głodu, drży od zimna i woła na prezydenta miasta, żeby dawał albo pracę albo chleba. A prezydent zamknięty w swoim gabinecie i jeszcze strzeżony przez policję, nie wpuszcza żadnego do siebie. Gdyby wpuścił to na pewno ten zgłodniały tłum by go rozerwał. Cóż on zrobi z tymi bezrobotnymi jak ma pustą kasę?». Dalej pisze jednak, że tego dnia udało mu się «wykołatać z wydziału opieki społecznej 10 zł», które w bardzo krótkim czasie się rozeszły. «Roboty nie mam a głód panuje. Co robić?» – kwituje.
W latach 30. sytuację pogorszył wielki kryzys gospodarczy, którego efektem były bezrobocie oraz inflacja. Wracam do pytania, jaką odpowiedź na nędzę swoich obywateli miało państwo?
W 1923 roku przyjęto Ustawę o opiece społecznej, w której zapisano, że każdy obywatel, który potrzebuje opieki ze strony państwa, ma do tego prawo. Grupami szczególnej troski były m.in. dzieci, osoby z niepełnosprawnościami oraz w podeszłym wieku. Ustawa wyliczała, co konkretnie można było otrzymać: żywność, bieliznę, odzież, obuwie oraz «odpowiednie pomieszczenie z opałem i światłem».
Szczególnie w pierwszych latach państwowości były to często po prostu baraki, w których zakładano m.in. sierocińce. Po I wojnie światowej w Polsce było półtora miliona sierot!
Dojmująco smutne określenie «bidul» nie wzięło się znikąd?
Na zdjęciach z lat 30. widujemy już sierocińce mieszczące się także w okazałych budynkach, przypominających dzisiejsze wille, ale warunki życia pozostawały bardzo skromne. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę z tego, że wcześniej państwo nie zapewniało w ogóle nic. Ludzie wykluczeni – używając współczesnej terminologii – byli skazani na dobroczynność lub życie na ulicy.
Natomiast w okresie międzywojennym zdecydowaną większość placówek pomocowych dla dzieci czy niepełnosprawnych prowadziły instytucje społeczne, m.in. siostry zakonne czy gminy żydowskie, które subwencjonowało państwo.
Co z zasiłkami? Komu i ile wypłacano pieniędzy?
Ustawa nie wspomina o zasiłkach ani słowem, co oczywiście nie znaczy, że ich nie było. Były, ale komu i ile się należały, ustalały gminy.
W 1937 roku w Łodzi 2,5 tys. rodzin wielodzietnych otrzymywało comiesięczne świadczenie. Średnio: 10–15 zł. Do tego dochodziła możliwość otrzymania odzieży oraz żywności.
Ile to było 10 zł? Co można było za to kupić?
Pod koniec lat 30. bochenek chleba kosztował 50 gr, kilogram cukru złotówkę, a wieprzowiny – półtora złotego.
Cena butów zaczynała się od 10 zł.
Czyli zasiłek to była po prostu kpina.
Żadna kpina. Takie były warunki ekonomiczne tamtych czasów.
We Lwowie comiesięczne wsparcie otrzymywało zaledwie 500 rodzin. W gminie Stanisławów rocznie na opiekę społeczną wydawano 65 gr na mieszkańca. Po prostu nic.
Inaczej było na zachodzie kraju, gdzie pozostawiono sprawnie działające struktury po pruskim zaborcy, a gminy były bogatsze. W 1935 roku Poznań wydawał 9,7 zł rocznie na opiekę społeczną w przeliczeniu na mieszkańca.
Polska A i Polska B?
Ten podział uwidocznił się bardzo szybko po odzyskaniu niepodległości. Poznań, Bydgoszcz, Inowrocław i Warszawa oczywiście oferowały bardzo skromny poziom wsparcia swoim mieszkańcom, ale na wschodzie opieka społeczna praktycznie nie istniała. A już na pewno nie istniała w środowiskach wiejskich.
Biorąc to wszystko pod uwagę, średni zasiłek w wysokości 10 zł miesięcznie na rodzinę przestaje dziwić. Dorzucano do tego kilka kilogramów żywności lub bony, które można było wykorzystać w sklepach spółdzielczych. I tyle. Dziękuję. Następny!
Moim zdaniem nie wynikało to ze złej woli polityków czy urzędników, tylko z faktu, że państwa nie stać było na nic więcej.

Handel uliczny w Krakowie. 1932 rok (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Na wsi największa obawa o to, czy będzie co jeść, była na przednówku. A w miastach? Na ulicach było widać żebraków?
Tak, aczkolwiek polityka państwa zmierzała do tego, by z tym zjawiskiem walczyć.
Ludzie podejmowali się każdej możliwej pracy. Posłużę się kolejnymi zapiskami bezrobotnego: murarz z Warszawy w latach 30. stracił pracę, a na utrzymaniu miał czwórkę dzieci. By zarobić, wytwarzał m.in. figurki, które sprzedawał na odpustach, a zimą wstawał o drugiej w nocy, by stanąć w kolejce i o szóstej rano dowiedzieć się, czy załapie się do pracy przy śniegu. Do odśnieżania przyjmowano określoną liczbę osób i albo się dostał, i cokolwiek tego dnia zarobił, albo wracał do domu z niczym. Na dworcu próbował dorabiać jako tragarz, ale policja go przeganiała.
Ponieważ traktowali go jak żebraka, a jak pan mówił, żebractwo zwalczano.
Kilkukrotnie był wyrzucany na bruk. Mieszkania były wówczas wyłącznie prywatne. Nie płacisz czynszu – wylatujesz. Ten człowiek, wraz z żoną i dziećmi, spędził kilka nocy na klatce schodowej. W końcu poszedł do opieki społecznej. «Począłem panu kierownikowi opowiadać losy swojego życia, ten się ulitował i dostałem 10 zł. To była moja pierwsza i ostatnia pomoc z opieki» – zanotował. W kolejnych latach szukał pomocy m.in. u zakonnic. Nie krył wielkiego rozgoryczenia. Podkreślał, że jest bohaterem wojny polsko-bolszewickiej, na której został ranny.
Zaskakujące byłoby, gdyby nie czuł rozgoryczenia.
Czytając pamiętniki, odnoszę wrażenie, że ich autorzy niemal umierali z głodu.
Robotnik włókienniczy z Łodzi w 1930 roku opisywał: «Dziś środa, 30 grudnia, udałem się na ulicę Zawadzką, gdzie znajduje się opieka społeczna. Zwracam się do woźnego: Dzień dobry panie – mówię. – Gdzie mieści się kancelaria przyjęć adwokata z opieki społecznej? Oficyna, drugie piętro – mówi woźny. A numerek pan ma? – pyta się. Nie proszę pana. No, to dzisiaj pan nie dostanie – mówi woźny. Trzeba rano wstać, żeby otrzymać numerek. A o której? – pytam się, a byłem 10 minut przed ósmą. Woźny odpowiada: Kiedy pan zechce, ale do w pół do ósmej wydajemy numerki a ludzie czekają od 5 rano». Dzień później, 31 grudnia, zanotował: «Poszedłem o godzinie 5 do opieki społecznej. Myślałem, że będę nie pierwszy, ale może chociaż piąty albo szósty. Omyliłem się. Byłem 167 a woźny wydaje tylko 9 numerków. Powróciłem do domu bez niczego. Nie rezygnuję jednak. Następnym razem pójdę o dwie lub trzy godziny wcześniej».
Zderzenie obywatela z instytucjami państwa! Osoba, której przecież ustawa zapewnia pomoc, przychodzi po należne świadczenie, ale okazuje się, że nie może go otrzymać. Co więcej, jeśli tylko urzędnik znajdzie coś, do czego będzie mógł się przyczepić, żeby nie udzielić pomocy, wykorzysta to.
Złe praktyki funkcjonowania urzędów sięgają tamtych czasów.
W pamiętniku bezrobotnego ze stolicy pojawia się wątek pożyczek. W tamtych czasach lichwa nie była zakazana, prawda?
Państwo próbowało z nią walczyć, ale raczej nieskutecznie.
Dodajmy, że szans na lepsze życie dla dzieci specjalnie nie było, gdyż darmowa była jedynie szkoła podstawowa, zwana wówczas powszechną. Im dłużej pana słucham, tym bardziej się dziwię, że w społeczeństwie nie było silnego fermentu rewolucyjnego.
W środowiskach chłopskich bardzo trudno się organizować, a to chłopi – powtórzmy – stanowili połowę społeczeństwa. Robotnicy w fabrykach, których pensje były niskie, bo wynosiły około 30 zł tygodniowo, owszem, strajkowali. Ale bezrobotni? Po prostu walczyli o przetrwanie z dnia na dzień.
Rewolucji nie było, ale Polska naszych babć i dziadków to nie był kraj, w którym żyło się sielsko, tak jak może nam się wydawać, kiedy oglądamy filmy przedstawiające piękne samochody, generałów na koniach…
I kobiety w rękawiczkach i kapeluszach. Biedni, jeśli w ogóle, są tam jedynie tłem: «hołotą», «motłochem» – ludźmi niewartymi uwagi.
Tymczasem mam poczucie, że wszyscy nosimy w sobie wyidealizowany obraz tamtych czasów.
Może m.in. dlatego «Chłopki» stały się fenomenem? Ponieważ otwierają nam oczy.
W książce jest poruszony m.in. wątek analfabetyzmu. Dotarłem do rekordów: w 1921 roku w województwie poleskim 80 proc. kobiet nie umiało czytać i pisać!
A wisienką na torcie opowieści o opiece społecznej, jaką oferowało wówczas państwo, niech będzie informacja, że opiekun społeczny to było stanowisko «honorowe i bezpłatne». Abstrakcja! Ze źródeł wiemy, że funkcja ta często była martwa. Na papierze był to np. nauczyciel, który dodatkowe obowiązki miał wykonywać «przy okazji» lub po godzinach.
Idea, że pewne obowiązki państwa można organizować w czynie społecznym – szczególnie te, które się pojmuje jako honorowe, jak właśnie pomaganie innym – podobała się również PRL-owskim władzom. Tak zwanymi terenowymi opiekunkami społecznymi były emerytki, które w zamyśle państwa miały chodzić po domach i diagnozować, komu jest potrzebna pomoc.
Dlatego kiedy dziś patrzymy na pracowników socjalnych i ich niskie uposażenia, wiemy, jak daleko sięgają początki tego systemu. To się nie wzięło znikąd. Historia ma swoją ciągłość.
Na koniec proszę powiedzieć, jak w Polsce naszych babć wyglądała sprawa emerytur?
Początkowo ubezpieczenia adresowano do różnych grup zawodowych: jedne do pracowników umysłowych, drugie do robotników. W 1934 roku je połączono i tak powstał Zakład Ubezpieczeń Społecznych, jednak emerytura była wówczas przywilejem jedynie garstki obywateli. Zdecydowana większość nie miała do niej prawa. A na wsi? Nikt.
Człowiek był na łasce rodziny.
W myśl zasady: rodzina wielopokoleniowa pełni funkcje socjalne.
W PRL-u też wcale nie od razu stworzono system emerytalny dla rolników. Wyliczanie ich dochodu i co za tym idzie – emerytur trwało latami. W innych krajach proces przebiegał tak samo.
Wieś otrzymała prawo do emerytur na samym końcu.
Krzysztof Chaczko. Polityk społeczny, doktor nauk humanistycznych. Członek Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Polityki Społecznej. Redaktor naczelny pisma «Wiadomości Społeczne». Zastępca dyrektora Instytutu Zarządzania i Spraw Społecznych na Uniwersytecie Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Zajmuje się m.in. zagadnieniami związanymi z rozwojem pomocy społecznej, procesem deinstytucjonalizacji oraz państwem opiekuńczym. Współpracuje z Uczelnią Korczaka, regionalnymi ośrodkami polityki społecznej oraz ośrodkami pomocy społecznej w całej Polsce.
Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarka. W 2016 r. otrzymała honorowe wyróżnienie Festiwalu Sztuki Faktu oraz została nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN «UWAGA!» materiał «Tu nie ma sprawiedliwości», o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.
gazeta.pl
