Jak przeżyć «śledzika» i nie zwariować — radzi dr Agnieszka Rosińska-Mamej, językoznawczyni z Uniwersytetu Jana Kochanowskiago w Kielcach.
Święta to poligon językowy. Stół, przy którym spotykają się różne kody, różne pokolenia i różne wrażliwości. Czy konwenanse to ciasny gorset, czy może kevlarowa kamizelka, która chroni nas przed emocjonalnym postrzałem?
Olga Woźniak: Kiedy myślę o polskiej etykiecie świątecznej, o tych wszystkich „wypada», „nie wypada», „należy», to mam wrażenie, że zaciskamy na sobie gorset. Sztywny i utrudniający oddychanie. Czy może jednak lepiej myśleć o tym, jak o pancerzu, który ma nas chronić, żebyśmy się przy białym obrusie boleśnie się nie poranili?
Dr Agnieszka Rosińska-Mamej: — To zależy, jak głęboko w te metafory wejdziemy. Jeśli pancerz rozumiemy jako coś, co krępuje ruchy i zmusza do przyjęcia nienaturalnej pozy, to tak — dla wielu osób świąteczna grzeczność będzie opresją. Zmusza nas do wejścia w rolę, która niekoniecznie nam pasuje. Ale spójrzmy na to inaczej. Pancerz czy gorset to też konstrukcje, które nas pionizują. Dają oparcie.
Ustalony scenariusz zachowań — to, że wiemy, jak się przywitać, gdzie usiąść, co powiedzieć — daje nam poczucie bezpieczeństwa. Przewidywalność w relacjach społecznych to luksus. Dzięki normom wiemy, co prawdopodobnie zrobi druga osoba. To zdejmuje z nas ciężar ciągłej improwizacji.
Czyli jednak ochrona?
— Tak to widzę, ale wolę inną metaforę. Dla mnie konwenanse to poduszka powietrzna. Niby nic w niej nie ma, tylko pusta forma, powietrze, ale w razie zderzenia — a przy świątecznym stole zderzenia są nieuniknione — sprawia, że jest miękko. Chroni nas przed poważnymi obrażeniami.
Czyli etykieta to taki system ABS w relacjach? Zapobiega poślizgowi na emocjach?
— Dokładnie tak. Język nie jest zamknięty w słoiku, on jest zanurzony w rzeczywistości. I tu wpadamy w pułapkę myślenia o grzeczności tylko przez pryzmat obyczaju: „co wypada». To błąd. Powinniśmy łączyć grzeczność z etyką. Z kategorią dobra. Jeśli spojrzymy na etykietę nie jak na zbiór sztywnych reguł, ale jak na narzędzie do dbania o dobrostan drugiego człowieka, to przestaje być gorsetem.
Problem pojawia się, gdy mylimy sytuacje. W życiu mamy sytuacje oficjalne i nieoficjalne. Te oficjalne są jak pisanie e-maila do promotora – stresujemy się formą, dobieramy słowa, zachowujemy dystans. Te nieoficjalne są jak SMS do przyjaciela — pełna swoboda. Święta to hybryda. Z jednej strony rodzina, a więc sfera prywatna, z drugiej — rzadki kontakt i rytuał, czyli sfera quasi-oficjalna. I w tym rozjeździe rodzi się stres, który zwykle eksploduje w momencie dzielenia się opłatkiem. To jest intymność wymuszona. Stoimy oko w oko z kimś, z kim czasem nie mamy o czym rozmawiać.
Dlatego nasz mózg wtedy kapituluje?
— To sytuacja ekstremalna. Jesteśmy blisko biologicznie, łączą nas więzy krwi, ale daleko społecznie z powodu braku codziennej relacji. Do tego dochodzi fizyczna bliskość, która dla wielu, na przykład osób neuroróżnorodnych czy po prostu introwertycznych, jest naruszeniem strefy komfortu. Patrzenie w oczy z odległości kilkunastu centymetrów może być paraliżujące.
Jak z tego wybrnąć? Czy istnieje algorytm na życzenia, które nie będą banalne, ale też nie przekroczą granicy prywatności?
— Kluczem jest jedna z naczelnych zasad grzeczności: zasada szacunku. A szacunek to zauważenie drugiego człowieka. Wyróżnienie go z tła. Jeśli powiemy „wszystkiego najlepszego», to komunikat, że odhaczamy obowiązek. Wkładamy w to minimum wysiłku — i odbiorca to czuje.
Żeby życzenia „działały», musimy zainwestować uwagę. Wystarczy drobiazg: nawiązanie do egzaminu, który kogoś czeka, do podróży, o której marzy, do narodzin dziecka. Wtedy ten pancerz mięknie. Komunikat brzmi: „Widzę cię. Jesteś dla mnie ważny».
A co z tym słynnym „nawzajem»? To chyba największy grzech wigilijny. To jest jak odbicie piłeczki pingpongowej bez patrzenia.
— „Nawzajem» to komunikat: słyszę cię, ale nie chce mi się wysilać. To jest, powiedzmy sobie szczerze, lekceważące. W grzeczności obowiązuje zasada wzajemności i wymiany darów. Słowo też jest darem. Jeśli ja przygotowuję dla pani piękną, spersonalizowaną laurkę słowną, a pani rzuca mi zmięte „nawzajem», to bilans tej wymiany jest dla mnie krzywdzący.
Wystarczy prosta technika empatyczna: wyobraźmy siebie na miejscu tej drugiej osoby. Czy chcielibyśmy usłyszeć „nawzajem»? Raczej nie. To działa trochę jak dawne kartki świąteczne. Samo to, że poszliśmy do sklepu, wybraliśmy wzór pod gust cioci Krysi i wypisaliśmy życzenia ręcznie, było już prezentem. Dziś tym prezentem jest uwaga włożona w sformułowanie zdania.
No dobrze, jesteśmy po życzeniach, siadamy do stołu. I nagle wujek bierze głęboki oddech i mówi: „Nie chcę psuć atmosfery, ale…». I już wiemy, że za chwilę wybuchnie bomba. Polityka, religia, styl życia. Czy istnieją w języku bezpieczniki?
— Tu wchodzimy w obszar strategii wojennych. Najlepszą obroną jest przygotowanie. Jeśli wiemy, że wujek lubi prowokować, przygotujmy sobie „tematy zastępcze». To mogą być neutralne, ale angażujące historie: podróże, anegdoty.
Druga strategia to sojusze. Umówmy się z kuzynem czy siostrą: „jak wujek zacznie o polityce, ty pytasz o ten nowy samochód, a ja o przepis na makowiec». Rozpraszamy uwagę.
Trzecia, najskuteczniejsza broń, to humor. Żart potrafi rozbroić największe napięcie, bo zmienia kontekst. Na pytanie „Kiedy wreszcie wyjdziesz za mąż?», zamiast się obrażać albo tłumaczyć, można odpowiedzieć: „Właśnie ogłosiłam casting, wujku, jesteś w jury?».
A gdzie leży granica asertywności w zderzeniu z polską tradycją szacunku dla starszych? Mamy prawo powiedzieć: „Nie chcę o tym rozmawiać»?
— Mamy prawo, ale liczy się, jak to powiemy. Bezpośrednie „nie chcę o tym rozmawiać» może być odebrane jako agresja. Lepiej zastosować unik: „To strasznie nudny temat, ciociu, o wiele ciekawiej będzie posłuchać o twoich wakacjach».
Pamiętajmy o koncepcji „twarzy» Ervinga Goffmana, który badał interakcje międzyludzkie. „Twarz» to obraz siebie, który chcemy utrzymać w oczach innych, poczucie, że jesteśmy kompetentni, sensowni, traktowani z szacunkiem. Każdy z nas chce wyjść z interakcji z poczuciem, że jest kimś wartościowym. Jeśli kogoś brutalnie uciszymy, niszczymy jego „twarz». Jeśli damy się sprowokować i zrobimy awanturę, tracimy własną „twarz». Sztuka polega na tym, by postawić granicę, ale tak, by nikt nie poczuł się upokorzony.
Wbrew temu, co myślimy, najtrudniej przy stole mają chyba „nowi». Przyprowadzamy partnera, a rodzina zaczyna mówić swoim kodem. Familektem. Wewnętrzne żarty, cytaty z filmów, które bawią tylko nas. Tłumaczyć to gościowi?
— To dylemat. Tłumaczenie każdego żartu go uśmierca. Z drugiej strony, całkowite ignorowanie zagubienia nowej osoby jest wykluczające. Ja bym postawiła na inteligencję gościa i czas. Nie zawieszajmy rodzinnego kodu na kołku, bo staniemy się sztuczni. Niech ten język płynie, nowa osoba z czasem go złapie, zacznie dekodować reguły tej gry. To też jest element budowania więzi: dopuszczanie kogoś do tajemnej wiedzy, jaką jest język rodziny. A jeśli widzimy, że ktoś czuje się bardzo niepewnie, można rzucić krótki kontekst, ale bez robienia z tego wykładu.
To jeszcze porozmawiajmy o specyficznej polskiej „gramatyce miłości». U nas troskę wyraża się trybem rozkazującym: „Zjedz», „Dołóż sobie», „Załóż czapkę». Nie mówimy „kocham cię», tylko krzyczymy „zjedz mięsko!».
— To fascynujące zjawisko i ma głębokie korzenie. Pokolenie naszych rodziców i dziadków często nie było uczone języka emocji. Wzrastali w czasach, w których czyny znaczyły więcej niż słowa. Przeżycie wojny czy biedy sprawiło, że miłość to było zapewnienie bytu: nakarmienie, ubranie, ogrzanie. Dla babci „zjedz jeszcze pieroga» to synonim „kocham cię i chcę, żebyś przeżył».
Po drugie, stereotypy płciowe. „Chłopaki nie płaczą», mężczyzna ma być twardy. Jak taki mężczyzna ma potem, jako dziadek, powiedzieć wnuczce o uczuciach? Nie przejdzie mu to przez gardło. Ale powie: „masz tu na czekoladę» albo „naprawiłem ci rower».
Mamy tu do czynienia z barierą międzypokoleniową. Młodzi oczekują werbalizacji, otwartej rozmowy o uczuciach. Starsi oferują działanie i tryb rozkazujący, który w ich kodzie jest trybem troskliwym. I tak rodzą się konflikty: młodzi myślą „czepia się i wmusza jedzenie», starsi myślą „niewdzięcznik, nie docenia».
Czyli kluczem do przetrwania Wigilii nie jest lepszy barszcz, tylko lepszy słownik?
— Kluczem jest tłumacz, którego każdy z nas powinien mieć w głowie. Tłumacz, który przekłada „zjedz mięsko» na „kocham cię», a „kiedy ślub» na „martwię się, czy będziesz szczęśliwa». Jeśli uruchomimy ten translator i dorzucimy do tego poduszkę powietrzną grzeczności, to jest szansa, że wyjdziemy ze świąt nie tylko najedzeni, ale i całkiem zadowoleni.
Olga Woźniakhttps://wyborcza.pl/
